Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 lipca 2014

Ludzie jak pszczoły, czyli Sekretne życie pszczół.



Co jakiś czas zarzekam się, że wszystko co amerykańskie działa mi na nerwy, nigdy nie chciałabym pojechać do Stanów i z USA pochodzą wszelkie światowe idiotyzmy. Ale to nieprawda, nie słuchajcie mnie, nie czytajcie i ignorujcie, gdy tylko zacznę głosić podobne brednie, bo Amerykanie potrafią tworzyć wspaniałości, co nieodmiennie mnie zaskakuje (okey, obejrzałam wczoraj kolejny film Andersona i jestem w euforii, więc patrzę na amerykańskie twory przychylnym okiem).
I ostatnio tych wspaniałości u mnie dużo. Tak jak czasami czytam tylko brytyjskie książki i oglądam brytyjskie filmy, tak ostatnio wpadłam w ciąg, w którym czytam amerykańskie książki i oglądam amerykańskie filmy. Capote, Lee, Green i Harris w kolejce (tak, zamierzam czytać o pewnym kanibalu na plaży – to chyba dobre okoliczności). I tak całkiem przypadkowo, totalnie spontanicznie doszła Sue Monk Kidd z jej „Sekretnym życiem pszczół”.

Tak sobie myślę, że to przede wszystkim ogromnie ciekawa i poruszająca historia, która stanowi siłę tej powieści. Jest w niej delikatnie poruszony problem rasizmu, są pszczoły, które w niezwykły sposób łączą się z powieścią i Lily Owens, czyli dziewczynka, która w wieku czterech lat zabiła własną matkę. Dołożyć do tego zgorzkniałego, okrutnego ojca, Czarną Marię oraz cztery czarnoskóre kobiety i voilà! mamy zgrabną opowieść o poszukiwaniu samego siebie, samotności, poczuciu winy i przeróżnych duchowych ciężarach. A że Lily w czasie trwania akcji powieści ma lat czternaście, poszukuje, odczuwa wszystko bardzo silnie i przeżywa problemy wieku nastoletniego, nietrudno było mi się z nią utożsamić i pokochać, mimo że czternaście lat już dawno mam za sobą, a samej Lily daleko od ideału. Bo może i takich historii jest wiele, może temat jest wyświechtany i banalny, ale uwielbiam opowieści o życiowych popaprańcach, totalnie zagubionych dzieciach, wędrowcach błąkających się bez celu. A „Sekretne życie pszczół” ma jeszcze tę przewagę, że mimo wielu poruszanych w nim problemów, mimo ogromu smutku oraz bohaterki, która żyje z ciągłą świadomością tego, że jest niekochana, a jej najbliższą osobą jest czarna opiekunka Rosaleen, jest ciepłe, pokrzepiające i pełne nadziei. I przypomina moją ukochaną prozę Montgomery, gdzie zawsze można znaleźć dobrych ludzi i pocieszenie.

Dlatego lubię tę książkę. Jest słodko-gorzka, okraszona smakiem miodu, zawierająca fragmenty, które mnie chwytają za serce i poruszają. Wpada w banał, ale on nie przeszkadza w żadnym stopniu. Jest urocza i ciepła, a przy tym jest napisana w taki sposób, że doskonale się ją czyta. Lubię, gdy książka wciąga mnie na tyle, że nie potrafię się od niej oderwać i po skończeniu jestem zaskoczona, że to już, a „Sekretne życie pszczół” właśnie takie jest. I może ktoś to weźmie za wadę, ale niezwykle urzekła mnie empatia i delikatność, z jaką Sue Monk Kidd traktuje swoich bohaterów. Jakby dawała im szansę na wytłumaczenie swoich czynów, opisywała, nie potępiając, ale pozwalając czytelnikom nawet tych bohaterów polubić. 

I ta atmosfera amerykańskiej prowincji. I miód dodawany do wszystkiego. I te fragmenty o pszczołach, które mają z ludźmi zaskakująco wiele wspólnego. I May, Zach, August, bojąca się June. I ściana płaczu, Oh, Susanna i marzenia. Ja naprawdę strasznie lubię tę książkę i cały czas mam wrażenie, jakby ona była pisana trochę dla mnie (wiem, głupie i nieprawdziwe to wrażenie). Może to przez to Amazing Grace, które nuciłam przez cały poranek, a potem niespodziewanie pojawiło się w książce?

„ - Dlaczego biali uważają, że możemy odnosić sukcesy wyłącznie w sporcie? Nie chcę grać w futbol – stwierdził. – Chcę zostać adwokatem.
 - Nie mam nic przeciwko temu – odparłam, lekko zniecierpliwiona. – Nie słyszałam po prostu nigdy o murzyńskim adwokacie, ot co. Trzeba o czymś słyszeć, zanim zacznie się marzyć.
- Gówno prawda. Trzeba marzyć o rzeczach, o których nigdy się nie słyszało.”

Obejrzałam też film, który jest dość wierny książce, ładny, ale jednak dla mnie niekompletny. Jednak bardzo trudno przełożyć język powieści na język filmu i po drodze łatwo coś zgubić. Nawet Lily wydawała się tam trochę inna.

"Sekretne życie pszczół", Sue Monk Kidd, wyd. Albatros, 2004, tłum. Andrzej Szulc

piątek, 13 czerwca 2014

Dużo szukania i dużo hałasu, czyli "Szukając Alaski".



Tak naprawdę planowałam dzisiaj pisać o zupełnie innej książce (o której jeszcze będzie, bo zdecydowanie jest tego warta), ale wczoraj w ferworze zakupów zgarnęłam „Szukając Alaski” z półki, a następnie przeczytałam, nie przejmując się tym, że mam jednak jakieś obowiązki. Dzisiejszym bohaterem będzie więc John Green i jego debiut, który wyszedł już dość dawno, a potem został wznowiony wskutek poruszenia wywołanego powieścią „Gwiazd naszych wina”. Teraz to poruszenie znowu jakby przybrało na sile dzięki ekranizacji, która na początku miesiąca weszła do kin oraz polskiej premierze kolejnej książki pisarza, ale i tak mam wrażenie, że „Szukając Alaski” w całym tym szale na prozę Greena nie odgrywa bardzo znaczącej roli (choć może to tylko wrażenie, bo nie mam zbyt wielkiej styczności z literaturą młodzieżową i jej czytelnikami). „Gwiazd naszych wina” to książka, przy której się płacze (ja płakałam, przyznaję się, ale dopiero od pewnego, końcowego momentu i było to wywołane nie bezpośrednio wydarzeniami dziejącymi się w powieści, ale moimi własnymi przemyśleniami), która niesie ze sobą duży ładunek emocjonalny, zawiera kilka niezłych cytatów, które święcą triumfy na tumblrze oraz szereg interesujących metafor. Jednocześnie to książka dopracowana i naprawdę dobrze napisana – z dużym wyczuciem, stylem niedenerwującym, a raczej interesującym. „Szukając Alaski” zostało więc trochę przyćmione, bo jak ten debiut, jeszcze  nie do końca idealny, z drażniącymi elementami, amerykańską szkołą i tymże realiami ma równać się z książką późniejszą, bardziej głośną i jednak lepiej napisaną? 

Otóż moim zdaniem może się równać, a nawet jestem skłonna zaryzykować stwierdzeniem, że to właśnie debiut jest książką lepszą. To powieść, która nie ma specjalnie wyszukanej i wyjątkowej fabuły (jest pozornie nudny chłopak o imieniu Miles, wyjeżdża on do nudnej szkoły z internatem, poznaje tam już nie takich nudnych przyjaciół i tak sobie żyją w tej szkole, ucząc się, rozrabiając, bawiąc i wpadając na głupie pomysły), bohaterowie są tam sympatyczni, ale nie wyróżniają się szczególnie (może jest też tak, że najbardziej lubimy bohaterów, którzy są w pewnym sensie do nas podobni, z którymi możemy się utożsamiać? Z Alaską, Milesem i Pułkownikiem - ok, Pułkownik jest super - łączą mnie tylko cienkie sznureczki, nic specjalnego), a sama książka jest napisana w sposób momentami okropnie irytujący (nie wiem, czy to wina samego autora, czy tłumaczenia, choć to drugie jest jednak w większości w porządku). Już trochę wyrosłam z tego typu książek, najtrudniejszy i najgłupszy czas wieku nastoletniego mam już za sobą, a przynajmniej mam taką nadzieję, denerwuje mnie niezmiernie coś na kształt „młodzieżowego slangu”, bo najczęściej mam wrażenie, że młodzież w rzeczywistości tak nie mówi, tylko wszyscy inni wpierają nam, że jest wręcz przeciwnie. Co nie zmienia faktu, że „Szukając Alaski” to książka, którą przeczytałam szybko i z przyjemnością, czując delikatny dreszczyk emocji. Czasami naprawdę dobrze jest porzucić klasykę oraz książki bardziej poważne i wciągnąć się bez reszty w coś lekkiego i całkiem nastolatkowego.

Jednym słowem mogłabym określić tę powieść jako „fajna”. Bo ona wcale nie jest bezbłędna i bez reszty zachwycająca, ale właśnie taka w porządku, z fragmentami, które kocham całym sercem i które najchętniej bym pominęła. Ale najbardziej lubię w tej książce to, że nie jest taką zwykłą, jedynie dobrze czytającą się młodzieżówką, ale ona prosto mówi o sprawach trudnych. „Szukając Alaski” to proza inteligentna, skierowana do młodzieży myślącej (czyli do całej młodzieży), poruszająca dość ciężką tematykę, a równocześnie bardzo bliską chyba wszystkim młodym ludziom. Przemyślenia i rozterki bohaterów, które przebijają się przez pierwszą część książki, ale zagarniają sobie dopiero część drugą, trafiły do mnie totalnie. I ogromnie cieszy mnie to, że Green ukazał w swojej książce to, iż nieszczęśliwym można być z najróżniejszych powodów, nawet tych, które pozornie wyglądają na takie, z którymi można sobie poradzić. Jest u niego też to tytułowe szukanie, a jednocześnie gubienie się, zamykanie się i autodestrukcja, która jest efektem pewnych wcześniejszych wydarzeń. Bohaterowie u Greena są wrażliwi i zmagający się z problemami oraz własnymi osobowościami, a równocześnie są na tym okropnym etapie dorastania, gdzie wszystko odczuwa się kilka razy silniej, a do głowy przychodzą wariackie pomysły.

Jest jeszcze więcej elementów składających się na tę książkę, które mnie kompletnie kupiły. Cudowna Biblioteka Życia i tytuły przewijające się przez powieść, ostatnie słowa ludzi (cóż za interesujące hobby!), Wielkie Być Może, Stary i zajęcia z religii. I bardzo lubię to, że historia została jakby zamknięta, ale jednak można dalej szukać, dopowiadać i zastanawiać się. Well done, Mr. Green.

John Green, "Szukając Alaski", wyd. Bukowy Las, 2013, tłum. Anna Sak

 
PS Niedawno wróciłam z seansu Maleficent i nawet myślałam, by coś na temat tego filmu napisać. Filmu wyczekiwanego przeze mnie, bo absolutnie uwielbiam Śpiącą Królewnę (jako dziecko miałam na kasecie i oglądałam miliony razy), a Diabolinę uważam za jeden z najbardziej interesujących i najlepszych czarnych charakterów u Disneya. Jednak tak naprawdę moje pisanie o Maleficent nie ma sensu, bo napisał już o niej Zwierz Popkulturalny i zrobił to tak, że zgadzam się z każdym słowem (aż sama byłam zdziwiona, jak bardzo podobne mogą być opinie dwojga ludzi, którzy kompletnie się nie znają). Musiałabym napisać więc prawie to samo, a jestem pewna, że zrobiłabym to o wiele gorzej – czytajcie więc recenzję Zwierza i pomnóżcie ją przez dwa. Ogólnie, trochę mi przykro, że tak to wyszło, choć Angelina rzeczywiście jest w roli Diaboliny doskonała.