Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o filmie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o filmie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 czerwca 2015

Dojrzewanie w trybie przyspieszonym, czyli "Garden State".




W. kazała obejrzeć, więc usiadłam grzecznie i obejrzałam. Był Andrew dziwaczny i popaprany, z uczuciami poukrywanymi głęboko i z łzami, których nie było. Było nudne i proste życie, z dala nawet od siebie. Był ojciec – psychiatra i matka, która utopiła się w wannie. Nieskomplikowany przepis na idealny film dla mnie, szczególnie na upalny dzień majowo-czerwcowy, kiedy nawet seriale przestają mnie wciągać, a na coraz dziwaczniejsze memy z Gry o tron patrzę z obojętnością.
Tylko, że Garden State to tak naprawdę film niesamowicie pokrzepiający, momentami zabawny, uroczy i rozluźniający. W sumie trochę tak jak w życiu, smutki są, ale trzeba ruszać dalej i dostrzegać, że mimo wszystko, to jest całkiem w porządku.

Andrew wrócił do Garden State na pogrzeb matki. Nie płakał, bo nie mógł, wiecznie na środkach antydepresyjnych, którymi faszerował go ojciec troszczący się o jego szczęście. Aż nasuwa się śliczne Song of the Sea, gdzie wiedźma nie miała wcale złych intencji, ale pragnęła braku cierpienia i poczucia szczęścia dla wszystkich, więc zabierała wszystkie strachy, smutki i złe emocje. Niby proste i właściwe, ale w ostatecznych rozrachunku jakie okrutne. Andrew spotkał się ze starymi znajomymi, podejrzał ich zwyczajne i stateczne egzystencje, poobcował trochę z absurdalnym bogactwem, brakiem nadziei i rozrywkami, które miały sprawić radość, a zostawiały pustkę. A potem spotkał Sam. Frywolną, radosną wariatkę z szalonego domu, która uwielbiała robić to, czego przed nią nie robił jeszcze nikt.

To jest taka bardzo prosta opowieść o zagubieniu i odnajdywaniu siebie, o potrzebie bliskości drugiego człowieka i godzeniu się sobą. O tym, że czasami nie warto uciekać, ale wsłuchać się, zatrzymać i po prostu żyć, nie tak jak każą, ale tak jak się chce. O tym, że czasami trzeba przestać tłamsić w sobie wszystko, ale stanąć i wykrzyczeć światu całą złość, ból, radość, rozczarowanie. Film wypełniony oczywistościami, które może już wyświechtane, ale ciągle warte przypomnienia. Do mnie trafiło całkowicie.

Poza tym po Czarnym łabędziu nie mogłam patrzeć na Natalie Portman. Oglądając Garden State cieszyłam się z każdej sekundy jej pobytu na ekranie, serio.

Co więcej! Jeden człowiek odpowiada za reżyserię, scenariusz i postać głównego bohatera. Ja jestem pod wrażeniem, Wy też powinniście.

"Garden State", reż. Zach Braff, 2004, USA

sobota, 31 stycznia 2015

Szarość samotności, czyli "Samotny mężczyzna".

Każdy dobry tekst powinien mieć dobry początek. Początek tekstu o „Samotnym mężczyźnie” powinien być może traktować o tym, kto jest bohaterem, kiedy i gdzie jest osadzona akcja lub kto jest twórcą filmu. Ale mój początek może być tylko jeden:

„Samotny mężczyzna” ma najcudowniejszą muzykę, jaka mogła powstać. 

Naprawdę, miałam ten film na swojej liście do obejrzenia tylko dlatego, że Abel Korzeniowski nie postawił ani jednej fałszywej nuty i stworzył soundtrack, który właściwie nie potrzebuje filmu. W samej muzyce jest wszystko, ból, cierpienie,  zwątpienie, strach o przyszłość, uczucia, wątłe przebłyski nadziei, przepływ nieustępliwego czasu o przewrotnym poczuciu humoru, przeraźliwa tęsknota. To jest dokładnie ta muzyka, która mnie totalnie porusza, tak bardzo, że potrafię ocierać łzy, robiąc kolejną listę zadań maturalnych i ukradkiem słuchając już prawie znanych na pamięć dźwięków. Nie ma chyba nic bardziej depresyjnego i melancholijnego, ale potrafię się tą ścieżką dźwiękową słodko katować niezależnie od nastroju i dnia.


W końcu do muzyki dodałam obrazki i by całkowicie ulec trochę przytłaczającemu klimatowi filmu, przeszkadzały mi tylko piski mojej wewnętrznej fangirl, bo „Samotny mężczyzna” to prawdziwe zbiorowisko wspaniałych aktorów: Colin Firth w roli głównej, Julianne Moore, zjawiskowy Matthew Goode pojawiający się we flashbackach, młodziutki Nicholas Hoult, nawet piękny elficki Lee Pace pojawia się na chwilkę. Czego chcieć więcej, można zapytać.

George Falconer. Garnitur, stylowe okulary, melancholia i szarość.

„Samotny mężczyzna” daje więcej. Więcej przemyśleń, więcej łez, więcej zachwytów i emocji, bo choć to bardzo wyważony, aż delikatny film, porusza bardzo. Historia wcale nie jest zbyt odkrywcza i skomplikowana, ot, mamy człowieka cierpiącego po stracie, ludzi po stracie jest całkiem sporo. George żyje z tęsknotą, odkąd umarł jego wieloletni partner, przyjaciel, kochanek Jim. Nie mógł nawet pojechać na jego pogrzeb, bo zaprosili tylko najbliższą rodzinę. Nie lubi się budzić, bo każdy dzień, każda chwila, sprawia mu ból. Uśmiecha się do znajomych, rozmawia z ludźmi, wymienia uprzejmości, rano wstaje, czyta gazetę, wkłada garnitur i czyste buty, jedzie na uczelnię, prowadzi zajęcia ze studentami, bo przecież wymagają tego od niego, ale telefon, pies, sąsiadka, wszystko przypomina mu o Jimie i swojej własnej bolesnej samotności. Nic nie znaczą wymieniane komplementy czy przypadkowe uwagi, spokojne „I’m fine” jest tylko przykrywką na mnogość uczuć, dramat rozgrywający się jedynie we wnętrzu George’a.

Tłum ludzi. Ale nasz bohater podąża samotnie, uwielbiam tę scenę.

„Samotny mężczyzna” ukazuje tylko jeden dzień z życia bohatera, w którym jak zawsze wstaje, ubiera się, wykłada, ale wykład jest inny, bardziej improwizowany, a wszystko jest pewnym przygotowaniem – naszykowane listy w kopertach, równo rozłożone polisy ubezpieczeniowe, poukładane dokumenty, w końcu stary pistolet wyciągnięty z szafki. W ostatnim dniu można sobie pozwolić na papierosa, trochę więcej alkoholu niż zwykle, więcej komplementów i uprzejmości. Tylko jak się okazuje, nawet w wielkim smutku, w życiu nie ma jedynie szarości, pojedyncze chwile nabierają barw, skorupa melancholii zostaje naruszona, a George łapie te przelotne rozmowy, krótkie uśmiechy, momenty, gdzie nie zostaje pozostawiony tylko bólowi, kiedy ktoś, może nawet nie do końca świadomie, nie pozwala mu dalej tonąć. W końcu człowiek jak zwierzę stadne, rozpaczliwie potrzebuje drugiego człowieka.


W dziele Toma Forda (który jest znanym projektantem mody – ja nie znałam) wszystkie sceny są piękne, wymuskane, stylowe, idealnie dopracowane, a w tym niezwykłym wizualnie świecie poumieszczane są poorane postacie, zmagające się z pustką, poczuciem bezsensu i wewnętrznymi strachami. Nie tylko George, ale także jego przyjaciółka Charley, nawet uczeń college'u zafascynowany głównym bohaterem, czy przypadkowo spotkany Hiszpan. Wszyscy próbują zachowywać pozory, uśmiechać się we właściwych momentach, łapać krótkie przebłyski kolorów, jedni przytłoczeni niewyobrażalnym cierpieniem, inni zmagający się z lękiem i niezrozumieniem.

Ale widzicie, to jest smutny film o smutnych ludziach, jednak przesłanie jest jak najdalsze od nihilizmu. „Samotny mężczyzna” jest hołdem dla życia, obojętnie jakiego, kolorowego, szaro-kolorowego, takiego, że trudno wymuskać cieplejsze momenty z wszechogarniającej szarości, hołdu dla każdego, pojedynczego, pokomplikowanego istnienia. Nie ma też większego znaczenia homoseksualizm bohatera, bo przecież ta historia jest niezwykle uniwersalna, a George równie dobrze mógłby cierpieć po śmierci ukochanej kobiety. George mógłby cierpieć z obojętnie jakiego powodu wiążącego się z samotnością, tak jak każdy z nas. „Samotny mężczyzna” jest o tym, co dotyczy przecież każdego, o pragnieniu miłości i zrozumienia, szukaniu szczęścia, które trudno znaleźć w kompletnej samotności, o ogromnej więzi miedzy ludźmi i uczeniu się życia na nowo.

Lubię ten film. Urzeka prostotą i estetyką, jednocześnie nie będąc wydmuszką, ale idealnie trafiając w moją wrażliwość. Warto, choćby dla doskonałej kreacji Colina Firtha, kilku chwil refleksji, czy absolutnie doskonałej muzyki.

"Samotny mężczyzna", reż. Tom Ford, 2009, USA

czwartek, 28 sierpnia 2014

Po co się doszukiwać, skoro można się dobrze bawić, czyli "Magia w blasku księżyca".



Cóż, nie znam się na ambitnym kinie i tylko czasami rozkładam filmy na czynniki pierwsze, doszukując się wad, zalet, smaczków i błędów. Nie jestem osobą wykształconą, tym bardziej w dziedzinie kultury, a oglądam, czytam i słucham tylko dlatego, że sprawia mi to przyjemność i myślę, że w pewien sposób ubogaca. Teraz więc nie obchodzi mnie, że na ostatnio obejrzany przeze mnie dość spontanicznie film w kinie, czyli „Magię w blasku księżyca” Allena, narzekają, sarkają i wykrzykują, że starszy Allen był lepszy, a teraz się popsuł, skończył, koniec. Tak samo jak nie obchodziło mnie, gdy trzy osoby siedzące przede mną w Sali najpierw hałasowały i przekomarzały się, kompletnie nie wykazując zainteresowania tym, co dzieje się na ekranie, a w połowie filmu wyszły. Bo się po prostu świetnie bawiłam.


I tak, podejrzewam, że nowy film Woody’ego Allena nie jest filmem drobiazgowo doskonałym, może nie tak dobrym jak wcześniejsze filmy tego reżysera, jednak był moim doskonałym wyborem na spędzenie wieczoru. To w gruncie rzeczy komedia romantyczna i tak jak przy tym gatunku się powinno robić, śmiałam się, uśmiechałam i kibicowałam bohaterom. Bo w ogóle strasznie sympatyczni ci bohaterowie, szczególnie Stanley, który z zawodu jest iluzjonistą, a przy tym jest racjonalny do bólu, nie wierzy w nic, czego nie może zobaczyć, uważa, że życie to pasmo udręk i cierpień, przy najbliższych okazjach cytuje Nietzschego, a hobbystycznie zajmuje się demaskowaniem przeróżnych mediów, czarodziejek i spirytualistek. On jest tak pesymistyczny, uszczypliwy i sarkastyczny, że nie sposób go pokochać, nawet jeśli przeczy wszystkiemu, co jest dla mnie ważne i podejrzewam, że w obecności takich ludzi zwrot relacje międzyludzkie nabiera zupełnie innego znaczenia. Sophie, czyli medium, które tym razem ma zostać zdemaskowane, jest zupełnie inna, ale równie sympatyczna. Okrzyknięta cudem, uwielbiana za swoje nadprzyrodzone zdolności, jest świadoma swoich zalet i uroku, jaki roztacza. Jest śliczna, miła i raczej inteligentna, a przy tym spełnia ludzkie marzenia, przepowiadając znajomym świetlaną przyszłość i kontaktując ich ze zmarłymi bliskimi. Nie dziwne więc, że Sophie ma bogatego adoratora, który śpiewa jej serenady, przygrywając sobie na ukulele. Urocze. A Stanley w tym czasie próbuję udowodnić, że Sophie jest perfidną oszustką i świat duchów nie istnieje. Też urocze.

 Nam pozostaje zaangażować się w potyczkę jednego świata z drugim, a przy tym zastanowić się: wierzyć, czy nie wierzyć? I jaki jest, do cholery, sens?
 

Całość rozgrywa się na południu Francji, pod koniec lat 20. Jest luksusowo, modnie i bardzo klimatycznie, na pewno przyjemnie dla oka widza i to bez wątpienia duży plus filmu. Jednak w zasadzie to film bez większej fabuły i nie jestem specjalnie zdziwiona głosami, że nudne to i ciągnące się jak spaghetti. ”Magia w blasku księżyca” opiera się przede wszystkim na dialogach, a tym nie można nic zarzucić. Są błyskotliwe, inteligentne, często okraszone szczyptą ironii i sarkazmu i mimo tego braku akcji, nie mogłam oderwać oczu od ekranu. Na pewno duża w tym zasługa aktorów. Colin Firth, czyli dla mnie już do końca życia idealny pan Darcy, jest doskonały w roli sceptycznego Stanleya i wiarygodnie odgrywa wszystkie wybuchy wściekłości. Także Emma Stone jest odpowiednio urocza, tak jak urocza ma być jej bohaterka, szczególnie wtedy, gdy przekonuje, jak bardzo kocha jedzenie,   ale na uwagę zasługuje także drugi plan, czyli fantastyczna Jacki Weaver, Eileen Atkins, czy  Simon McBurney.

Zły Colin to cudowny Colin. Rzekłam.
To nie jest stary Allen, Allen depresyjny i neurotyczny, to nawet nie jest Allen ze smutnej i według mnie bardzo dobrej „Blue Jasmine”, więc „Magia w blasku księżyca” może zawieść i jak przekonuje Internet – zawodzi. Ale to jest tak fantastycznie przyjemny i zabawny film, że z chęcią obejrzałabym go drugi raz. Nawet jeśli wlicza się do komedii romantycznych, za którymi przecież nie przepadam.

"Magia w blasku księżyca", reż. Woody Allen, 2014, USA

czwartek, 10 lipca 2014

Ludzie jak pszczoły, czyli Sekretne życie pszczół.



Co jakiś czas zarzekam się, że wszystko co amerykańskie działa mi na nerwy, nigdy nie chciałabym pojechać do Stanów i z USA pochodzą wszelkie światowe idiotyzmy. Ale to nieprawda, nie słuchajcie mnie, nie czytajcie i ignorujcie, gdy tylko zacznę głosić podobne brednie, bo Amerykanie potrafią tworzyć wspaniałości, co nieodmiennie mnie zaskakuje (okey, obejrzałam wczoraj kolejny film Andersona i jestem w euforii, więc patrzę na amerykańskie twory przychylnym okiem).
I ostatnio tych wspaniałości u mnie dużo. Tak jak czasami czytam tylko brytyjskie książki i oglądam brytyjskie filmy, tak ostatnio wpadłam w ciąg, w którym czytam amerykańskie książki i oglądam amerykańskie filmy. Capote, Lee, Green i Harris w kolejce (tak, zamierzam czytać o pewnym kanibalu na plaży – to chyba dobre okoliczności). I tak całkiem przypadkowo, totalnie spontanicznie doszła Sue Monk Kidd z jej „Sekretnym życiem pszczół”.

Tak sobie myślę, że to przede wszystkim ogromnie ciekawa i poruszająca historia, która stanowi siłę tej powieści. Jest w niej delikatnie poruszony problem rasizmu, są pszczoły, które w niezwykły sposób łączą się z powieścią i Lily Owens, czyli dziewczynka, która w wieku czterech lat zabiła własną matkę. Dołożyć do tego zgorzkniałego, okrutnego ojca, Czarną Marię oraz cztery czarnoskóre kobiety i voilà! mamy zgrabną opowieść o poszukiwaniu samego siebie, samotności, poczuciu winy i przeróżnych duchowych ciężarach. A że Lily w czasie trwania akcji powieści ma lat czternaście, poszukuje, odczuwa wszystko bardzo silnie i przeżywa problemy wieku nastoletniego, nietrudno było mi się z nią utożsamić i pokochać, mimo że czternaście lat już dawno mam za sobą, a samej Lily daleko od ideału. Bo może i takich historii jest wiele, może temat jest wyświechtany i banalny, ale uwielbiam opowieści o życiowych popaprańcach, totalnie zagubionych dzieciach, wędrowcach błąkających się bez celu. A „Sekretne życie pszczół” ma jeszcze tę przewagę, że mimo wielu poruszanych w nim problemów, mimo ogromu smutku oraz bohaterki, która żyje z ciągłą świadomością tego, że jest niekochana, a jej najbliższą osobą jest czarna opiekunka Rosaleen, jest ciepłe, pokrzepiające i pełne nadziei. I przypomina moją ukochaną prozę Montgomery, gdzie zawsze można znaleźć dobrych ludzi i pocieszenie.

Dlatego lubię tę książkę. Jest słodko-gorzka, okraszona smakiem miodu, zawierająca fragmenty, które mnie chwytają za serce i poruszają. Wpada w banał, ale on nie przeszkadza w żadnym stopniu. Jest urocza i ciepła, a przy tym jest napisana w taki sposób, że doskonale się ją czyta. Lubię, gdy książka wciąga mnie na tyle, że nie potrafię się od niej oderwać i po skończeniu jestem zaskoczona, że to już, a „Sekretne życie pszczół” właśnie takie jest. I może ktoś to weźmie za wadę, ale niezwykle urzekła mnie empatia i delikatność, z jaką Sue Monk Kidd traktuje swoich bohaterów. Jakby dawała im szansę na wytłumaczenie swoich czynów, opisywała, nie potępiając, ale pozwalając czytelnikom nawet tych bohaterów polubić. 

I ta atmosfera amerykańskiej prowincji. I miód dodawany do wszystkiego. I te fragmenty o pszczołach, które mają z ludźmi zaskakująco wiele wspólnego. I May, Zach, August, bojąca się June. I ściana płaczu, Oh, Susanna i marzenia. Ja naprawdę strasznie lubię tę książkę i cały czas mam wrażenie, jakby ona była pisana trochę dla mnie (wiem, głupie i nieprawdziwe to wrażenie). Może to przez to Amazing Grace, które nuciłam przez cały poranek, a potem niespodziewanie pojawiło się w książce?

„ - Dlaczego biali uważają, że możemy odnosić sukcesy wyłącznie w sporcie? Nie chcę grać w futbol – stwierdził. – Chcę zostać adwokatem.
 - Nie mam nic przeciwko temu – odparłam, lekko zniecierpliwiona. – Nie słyszałam po prostu nigdy o murzyńskim adwokacie, ot co. Trzeba o czymś słyszeć, zanim zacznie się marzyć.
- Gówno prawda. Trzeba marzyć o rzeczach, o których nigdy się nie słyszało.”

Obejrzałam też film, który jest dość wierny książce, ładny, ale jednak dla mnie niekompletny. Jednak bardzo trudno przełożyć język powieści na język filmu i po drodze łatwo coś zgubić. Nawet Lily wydawała się tam trochę inna.

"Sekretne życie pszczół", Sue Monk Kidd, wyd. Albatros, 2004, tłum. Andrzej Szulc

środa, 25 czerwca 2014

Każdy chciałby mieć Szczerbatka, czyli "Jak wytresować smoka 2".



Czasami naprawdę nie wiem, od czego zacząć, bo najchętniej i najłatwiej wyrzuciłabym z siebie wszystko naraz, okraszając wszystko krzykami, piskami, zachwytami i – w tym przypadku – niekontrolowanymi wybuchami w stylu „kuuupcie mi smoka, chcę smokaa!”. A wszystko to przez jedno wyjście do kina, które opuściłam roześmiana, ze śladami po łzach na policzkach, myślami, że tak bardzo chcę jeszcze raz, energią i takim niesamowitym ciepłem w sercu. A później wróciłam do domu, włączyłam soundtrack do filmu, wyłączyłam, obejrzałam część pierwszą, włączyłam znowu i dopiero teraz czuję się w miarę gotowa, by Wam o filmie napisać, a mowa oczywiście o sequelu niezwykle udanej produkcji Dreamworks sprzed czterech lat „Jak wytresować smoka”, czyli po prostu „Jak wytresować smoka 2”. Zazwyczaj tak jest w przypadku animacji, że kolejne części nie dorównują tej pierwszej, jednak nie tutaj. Część pierwsza miała wszystko, co dobry film animowany mieć powinien, czyli bohaterów, których pokochać bardzo łatwo, trzymającą w napięciu i nienudną fabułę, dobrze napisane dialogi, a co najważniejsze klimat i niekwestionowany urok. Bo główną zaletą obu produkcji jest świat nieokrzesanych, upartych, ale szlachetnych Wikingów, świat, w którym największą rolę odgrywają smoki, a te są absolutnie fantastyczne.

Oczywiście występują spoilery do części pierwszej jak stąd do Berk. Jest w ogóle ktoś, kto jeszcze jej nie oglądał? Jeśli tak, proszę o zaprzestanie czytania i oglądanie.

Z filmu ma się taką frajdę jak Szczerbatek z latania. Serio.

Już w pierwszej części smoki przykuwały uwagę tym, że były bardzo oryginalne i kompletnie nieschematyczne, często po prostu zabawne, tak że trudno było uwierzyć, jak wiele szkód mogą wyrządzić i w gruncie rzeczy prawidłowo, bo okazało się, że smoki sprawdzają się jako najwierniejsze, lojalne i przekochane zwierzątka domowe. Wikingowie z Berk przekonali się do smoków dzięki naszemu głównemu bohaterowi, czyli Czkawce, o czym była mowa w pierwszym filmie, przywiązali się do nich całkowicie i wprowadzili ich do domostw. Cudownie ogląda się te proste sceny z życia codziennego, gdzie smoki są traktowane jak pełnoprawni członkowie rodziny. Są trochę problematyczne, ale są też najlepszymi przyjaciółmi ludzi oraz jednocześnie ich środkiem transportu. Trochę głupio to brzmi, ale wygląda niesamowicie, poza tym, kto by nie chciał latać na smoku. Ale wracając do porównania dwóch części „Jak wytresować smoka”, w dwójce dostajemy jeszcze większą różnorodność gatunków, równocześnie z oczywistym postępem technologicznym, większymi możliwościami, więc i lepszą animacją. Ta jest tutaj naprawdę piękna. Nie tylko smoki są stworzone drobiazgowo, zachwycają także widoki, miejsca, których jest dużo więcej, ponieważ Wikingowie dzięki smokom zyskali dostęp do większej części świata, ale także sami bohaterowie. Postacie poruszają się płynnie, a dbałość o szczegóły naprawdę robi wrażenie. Ujęły mnie małe warkoczyki Czkawki czy jego brudne paznokcie i ogromnie podoba mi się to, że został kontynuowany wątek o konstrukcyjnych i rysunkowych zapędach bohatera. Czkawka razem ze swoim najsłodszym, najcudowniejszym i najbardziej oddanym smokiem we Wszechświecie Szczerbatkiem mają więc cały sprzęt pomagający im w lataniu, z różnymi bajerami i guziczkami. Jednocześnie w filmie ukazano niepełnosprawność w sposób najlepszy z możliwych. Szczerbatek ma doczepione skrzydło, Czkawka sztuczną nogę i to cały czas jest obecne na ekranie, niepełnosprawność bohaterów jest co jakiś czas mocniej akcentowana, ale ona nie przeszkadza im w zupełnie niczym. Tworzą zgrany zespół, są jakby swoimi odbiciami, a to, że brakuje im czegoś, nie stanowi żadnego problemu ani dla nich samych, ani dla otoczenia. Ta niepełnosprawność po prostu sobie jest, wszyscy musza ją zaakceptować, poradzić sobie z nią, ale czy to przeszkadza w byciu bohaterem, kimś, kto chce odkrywać, działać, być po prostu Czkawką i Szczerbatkiem?


„Jak wytresować smoka 2” to film, który ogląda się nie tylko dla ładnych ujęć i obrazków, ale przede wszystkim dla bohaterów. Ci smoczy są super, ale ludzcy również dotrzymują kroku. Najważniejszy jest oczywiście Czkawka, który teraz ma lat dwadzieścia, dorósł, zmężniał, nabrał pewności siebie oraz zdobył zaufanie ludzi wokół siebie, jednak dalej pozostaje tym upartym, czasami trochę zagubionym i niezwykle sympatycznym bohaterem, którego poznaliśmy w części pierwszej. Czkawka się rozwinął, jego charakter wyewoluował, znalazł pośrednio swoje miejsce i zyskał akceptację, ale przebija przez niego jeszcze dziecko, szczególnie w scenach z rodzicami. Jak sam mówi, jeszcze szuka, poszukuje siebie i swojego miejsca w życiu, ale cały czas daje o sobie znać jego charakter, który sprawia, że Czkawki po prostu nie da się nie kochać i mimo swoich wad, mógłby być wzorem do naśladowania. W ogóle mam do niego totalną słabość i to zdecydowanie jeden z moich ulubionych męskich bohaterów animowanych (przystojny Jack Frost niech się schowa ze swoją zimą, o!). Szczególnie, gdy wygłupia się ze Szczerbatkiem i zwraca się do niego per „Mordko”. Najbardziej urocza rzecz ever.



W ogóle interakcje Czkawki ze wszystkimi innymi są bardzo ciekawe i zasługujące na uwagę. Może nie każdy bohater ma wystarczającą ilość miejsca w filmie, ale trzeba pamiętać, że nie można było go rozwlec na kilka godzin i fizycznie niemożliwe jest zmieszczenie wszystkiego. Oczywiście, przoduje tu relacja Czkawki ze swoim smokiem, ważna jest również ta z rodzicami i bardzo korzystnie wypadło poprowadzenie wątku z Astrid. Astrid to w ogóle bardzo fajna postać, ona również wyładniała i zdecydowanie da się lubić. Jest odważna, trochę szalona, ale równocześnie dużo w niej rozsądku i dobroci. Zna swoje obowiązki i wspiera naszego bohatera. Całe szczęście jej rola nie ogranicza się do bycia po prostu dziewczyną bohatera. Ma swój charakter i mimo, że miłość między nią a Czkawką jest dość niewyraźnie zarysowana, bardzo mocno czuć, że między tymi dwoma jest głęboka nić porozumienia i miłości. Dobrze, że twórcy nie zdecydowali się na jakiś ckliwy wątek romansowy, a pokazali relacje bohaterów subtelnie i z wyczuciem.

Dochodzą jeszcze rodzice, a raczej jeden rodzic. Z tym jednym rodzicem niby jest wielka tajemnica, zaskoczenie, twist, niewiadomoco, ale wyraźne wspomnienie o nim jest w zwiastunie, a także na ulotkach (wzięłam ze sobą cały plik, więc sprawdziłam), toteż nie widzę powodu, by o nim nie wspomnieć. Mianowicie pojawia się matka Czkawki uważana wcześniej za zmarłą. I z tą matką jest pewien problem. To całkiem niezła postać, na pewno bardzo ciekawa, dobrze też poradziła sobie Danuta Stenka, podkładając pod nią głos, ale pojawia się praktycznie znikąd i nawet nie robi jakiegoś większego zamieszania w życiu bohatera. Owszem, jakieś jest, ale Czkawka przyjmuje jej obecność raczej spokojnie. Wiadomo, można to tłumaczyć jego charakterem, ale to jednak przykre, gdy matka żyje w ukryciu dwadzieścia lat, kompletnie nie interesując się losem swojego jedynego dziecka. Czkawka najpewniej po prostu zrozumiał jej miłość do smoków i motywy, ale spodziewałam się większego wybuchu, w końcu to poważna sprawa, a bohater cały czas jest jednak młody, taki niby dorosły, ale jednak nie do końca, jak już pisałam: ciągle przebija przez niego dziecko. Może jednak twórcy nie chcieli tego wszystkiego tak rozwlekać w czasie, dostaliśmy w końcu cudną scenę z rodzicami, czyli Valką i Stoikiem w roli głównej. Jednocześnie dzięki obecności obojga rodziców możemy uświadomić sobie, jak bardzo złożonym bohaterem jest Czkawka, czyli jak bardzo złożeni jesteśmy my wszyscy. Pozornie nasz główny protagonista nie jest podobny do ojca, co często było akcentowane w pierwszym filmie, jednak w istocie on jest niepowtarzalnym miksem charakterów swoich rodziców z dużą dozą własnej odrębności. Bardzo mi się to podoba, bo widać nie tylko dbałość o animację, ale także o całą resztę, która jest przecież najbardziej istotna. Stoik i Valka nie mają wiele czasu na ekranie, ale mają odrębne i wyraziste charaktery. Stoik to taki typowy ojciec, który zawsze wszystko wie najlepiej, chce najlepiej i nie potrzebuje słuchać nikogo, nawet jeśli wcześniej udowodniono mu, że słuchać innych przecież warto, a przede wszystkim swojego bystrego syna. Nie jest ojcem idealnym, a przy tym nie ma wątpliwości, że bardzo Czkawkę kocha i byłby w stanie poświęcić dla niego wszystko. Nie dziwi też uczucie między nim a Valką, oni do siebie idealnie pasują, mimo że Valka jest dzika i często zachowuje się dziwnie. W końcu żyła w odosobnieniu dwadzieścia lat, a do tego jest charakternym wikingiem.



Mamy protagonistę, mamy też obowiązkowego antagonistę, którego poznajemy powoli i który jest zły do szpiku kości. Pokazane nam są mniej więcej jego motywy, ale to taki klasyczny „zły”, chcący złego, czyniący zło i robiący dużo zamieszania. Bardzo dużo zamieszania. Co nie zmienia faktu, że to interesująca postać, a jej obecność wynika właśnie z tego, że Wikingowie z Berk nie muszą już żyć na „zamkniętym” i znanym terenie. To głównie ten zły napędza akcję, a tej jest dużo więcej niż w jedynce. Jest to całkiem naturalne, ponieważ pierwsza część była pierwszym wglądem w świat Wikingów wypełnionym smokami, poznawaniem bohaterów i nawiązywaniem przyjaźni między Czkawką a Szczerbatkiem, w dwójce mamy sporo nowych rzeczy, ale jednak wracamy w pewną rzeczywistość. Nie czuje się przy tym żadnego przeładowania, wydarzeń jest dużo, ale one nie ciążą, wręcz przeciwnie angażują totalnie i porywają, a na chwilę przerwy, zatrzymania i spokoju też jest miejsce.


„Jak wytresować smoka 2” to film genialny, może nie w obiektywnym spojrzeniu, ale smok kąsał obiektywność. Wyczekiwałam tego filmu, miałam duże oczekiwania, a on nie tylko je wszystkie zaspokoił, ale dał jeszcze więcej. Drżałam z nerwów, przeżywałam wydarzenia, jakbym sama brała w nich udział, przywiązałam się do bohaterów, jak do mało których i spędziłam czas, najlepiej jak się dało. Chcę więcej, naprawdę chcę więcej, a przede wszystkim chcę własnego smoka (najlepiej Nocną Furię. Szczerbatka. Czkawka też może być do kompletu, ale już bez Astrid). Bo musicie wiedzieć, że „Jak wytresować smoka” to taki film, po którym wszystkie marzenia odchodzą w kąt, znikają, jakby były zupełnie nieważne, a zostaje tylko jedno: mieć własnego smoka i móc na nim latać. 
To naprawdę piękna animacja, pełna wartości i energii, sprawiająca niesamowitą radość, zrealizowana absolutnie fantastycznie. Do tego dochodzi element, o którym nie można nie wspomnieć, czyli muzyka Johna Powella. John Powell zrobił już muzykę do części pierwszej i zrobił to znakomicie, ale soundtrack to sequelu to mistrzostwo. Posłuchajcie koniecznie, ja już przesłuchuję po raz kolejny i jestem coraz bardziej oczarowana. 

I choć uwielbiam księżniczkowe animacje Disneya, a Dreamworks przemawia do mnie znacznie rzadziej, „Jak wytresować smoka 2” stawiam na równi z „Zaplątanymi”. A ja za „Zaplątanymi” szaleję i kocham nad życie.

"Jak wytresować smoka 2", reż. Dean DeBlois, 2014

PS Gratuluję wszystkim, którzy przez ten elaborat przebrnęli. Ale to jest dowód na to, jak bardzo czasami potrzebuję bloga i jak bardzo kocham pisać. I koniecznie muszę wspomnieć jeszcze o samym seansie, bo było nas niewielu: małżeństwo z dwojgiem małych dzieci, które chyba nie do końca orientowały się w tym, co się dzieje, nasza niewielka zgraja w liczbie czterech osób i pani w wieku dość dojrzałym, która była sama i bawiła się doskonale. Miło na własne oczy się przekonać, że są jeszcze dorośli, którzy nie traktują filmów animowanych z lekceważeniem, ale oglądają ją z czystą, dziecięcą radością w oczach.