sobota, 31 stycznia 2015

Szarość samotności, czyli "Samotny mężczyzna".

Każdy dobry tekst powinien mieć dobry początek. Początek tekstu o „Samotnym mężczyźnie” powinien być może traktować o tym, kto jest bohaterem, kiedy i gdzie jest osadzona akcja lub kto jest twórcą filmu. Ale mój początek może być tylko jeden:

„Samotny mężczyzna” ma najcudowniejszą muzykę, jaka mogła powstać. 

Naprawdę, miałam ten film na swojej liście do obejrzenia tylko dlatego, że Abel Korzeniowski nie postawił ani jednej fałszywej nuty i stworzył soundtrack, który właściwie nie potrzebuje filmu. W samej muzyce jest wszystko, ból, cierpienie,  zwątpienie, strach o przyszłość, uczucia, wątłe przebłyski nadziei, przepływ nieustępliwego czasu o przewrotnym poczuciu humoru, przeraźliwa tęsknota. To jest dokładnie ta muzyka, która mnie totalnie porusza, tak bardzo, że potrafię ocierać łzy, robiąc kolejną listę zadań maturalnych i ukradkiem słuchając już prawie znanych na pamięć dźwięków. Nie ma chyba nic bardziej depresyjnego i melancholijnego, ale potrafię się tą ścieżką dźwiękową słodko katować niezależnie od nastroju i dnia.


W końcu do muzyki dodałam obrazki i by całkowicie ulec trochę przytłaczającemu klimatowi filmu, przeszkadzały mi tylko piski mojej wewnętrznej fangirl, bo „Samotny mężczyzna” to prawdziwe zbiorowisko wspaniałych aktorów: Colin Firth w roli głównej, Julianne Moore, zjawiskowy Matthew Goode pojawiający się we flashbackach, młodziutki Nicholas Hoult, nawet piękny elficki Lee Pace pojawia się na chwilkę. Czego chcieć więcej, można zapytać.

George Falconer. Garnitur, stylowe okulary, melancholia i szarość.

„Samotny mężczyzna” daje więcej. Więcej przemyśleń, więcej łez, więcej zachwytów i emocji, bo choć to bardzo wyważony, aż delikatny film, porusza bardzo. Historia wcale nie jest zbyt odkrywcza i skomplikowana, ot, mamy człowieka cierpiącego po stracie, ludzi po stracie jest całkiem sporo. George żyje z tęsknotą, odkąd umarł jego wieloletni partner, przyjaciel, kochanek Jim. Nie mógł nawet pojechać na jego pogrzeb, bo zaprosili tylko najbliższą rodzinę. Nie lubi się budzić, bo każdy dzień, każda chwila, sprawia mu ból. Uśmiecha się do znajomych, rozmawia z ludźmi, wymienia uprzejmości, rano wstaje, czyta gazetę, wkłada garnitur i czyste buty, jedzie na uczelnię, prowadzi zajęcia ze studentami, bo przecież wymagają tego od niego, ale telefon, pies, sąsiadka, wszystko przypomina mu o Jimie i swojej własnej bolesnej samotności. Nic nie znaczą wymieniane komplementy czy przypadkowe uwagi, spokojne „I’m fine” jest tylko przykrywką na mnogość uczuć, dramat rozgrywający się jedynie we wnętrzu George’a.

Tłum ludzi. Ale nasz bohater podąża samotnie, uwielbiam tę scenę.

„Samotny mężczyzna” ukazuje tylko jeden dzień z życia bohatera, w którym jak zawsze wstaje, ubiera się, wykłada, ale wykład jest inny, bardziej improwizowany, a wszystko jest pewnym przygotowaniem – naszykowane listy w kopertach, równo rozłożone polisy ubezpieczeniowe, poukładane dokumenty, w końcu stary pistolet wyciągnięty z szafki. W ostatnim dniu można sobie pozwolić na papierosa, trochę więcej alkoholu niż zwykle, więcej komplementów i uprzejmości. Tylko jak się okazuje, nawet w wielkim smutku, w życiu nie ma jedynie szarości, pojedyncze chwile nabierają barw, skorupa melancholii zostaje naruszona, a George łapie te przelotne rozmowy, krótkie uśmiechy, momenty, gdzie nie zostaje pozostawiony tylko bólowi, kiedy ktoś, może nawet nie do końca świadomie, nie pozwala mu dalej tonąć. W końcu człowiek jak zwierzę stadne, rozpaczliwie potrzebuje drugiego człowieka.


W dziele Toma Forda (który jest znanym projektantem mody – ja nie znałam) wszystkie sceny są piękne, wymuskane, stylowe, idealnie dopracowane, a w tym niezwykłym wizualnie świecie poumieszczane są poorane postacie, zmagające się z pustką, poczuciem bezsensu i wewnętrznymi strachami. Nie tylko George, ale także jego przyjaciółka Charley, nawet uczeń college'u zafascynowany głównym bohaterem, czy przypadkowo spotkany Hiszpan. Wszyscy próbują zachowywać pozory, uśmiechać się we właściwych momentach, łapać krótkie przebłyski kolorów, jedni przytłoczeni niewyobrażalnym cierpieniem, inni zmagający się z lękiem i niezrozumieniem.

Ale widzicie, to jest smutny film o smutnych ludziach, jednak przesłanie jest jak najdalsze od nihilizmu. „Samotny mężczyzna” jest hołdem dla życia, obojętnie jakiego, kolorowego, szaro-kolorowego, takiego, że trudno wymuskać cieplejsze momenty z wszechogarniającej szarości, hołdu dla każdego, pojedynczego, pokomplikowanego istnienia. Nie ma też większego znaczenia homoseksualizm bohatera, bo przecież ta historia jest niezwykle uniwersalna, a George równie dobrze mógłby cierpieć po śmierci ukochanej kobiety. George mógłby cierpieć z obojętnie jakiego powodu wiążącego się z samotnością, tak jak każdy z nas. „Samotny mężczyzna” jest o tym, co dotyczy przecież każdego, o pragnieniu miłości i zrozumienia, szukaniu szczęścia, które trudno znaleźć w kompletnej samotności, o ogromnej więzi miedzy ludźmi i uczeniu się życia na nowo.

Lubię ten film. Urzeka prostotą i estetyką, jednocześnie nie będąc wydmuszką, ale idealnie trafiając w moją wrażliwość. Warto, choćby dla doskonałej kreacji Colina Firtha, kilku chwil refleksji, czy absolutnie doskonałej muzyki.

"Samotny mężczyzna", reż. Tom Ford, 2009, USA

niedziela, 31 sierpnia 2014

Czemu kocham Doctora Who i podróż wgłąb śmiertelnego wroga.



Oprócz słowa beznadziejnie, chyba najczęściej w moim osobistym słowniku występują wyrazy kocham i uwielbiam, bo kocham i uwielbiam mnóstwo rzeczy (osób oczywiście też) w jednym momencie i gdy tylko mam okazję, daję temu upust. Jednak raz na jakiś czas przypominam sobie, że coś jednego, coś konkretnego kocham straszliwie i obłąkańczo, wpadam w euforię, o niczym innym nie chcę rozmawiać i nie chcę robić nic innego, prócz zajmowania się właśnie tym czymś konkretnym. Piszę o tym teraz, bo troszkę ponad tydzień temu odcinkiem Deep Breath (o którym nawet zaczęłam pisać, ale poległam i poleciałam oglądać gify i obrazki) rozpoczął się 8. Sezon Doctora Who.

TAK. BARDZO. NIESAMOWICIE. KOCHAM. DOCTORA. WHO.

Tak mniej więcej się teraz czuję. Jak pijana żyrafa.
 
Podejrzewam, że mój obecny nastrój nie przyczyni się pozytywnie do jutrzejszego rozpoczęcia roku szkolnego, ale przecież zaczęłam oglądać ten serial niecały rok temu, gdy musiałam wkuwać różne stałe, regułki i teorie, a przesiadywałam całymi dniami przed komputerem i oglądałam po trzy, cztery odcinki dziennie. Nie zawaliłam szkoły, mimo że czasami przychodziło mi na myśl, że to wielce prawdopodobne. Bo z Doctorem Who jest też trochę tak jak z Hermioną czy Sherlockiem – jest motywujący. W końcu kto by nie chciał stać się choć w niewielkiej części tak mądry jak Doctor, znać się na fizyce i tych wszystkich trudnych słowach, a potem robić różne mądre rzeczy, choć czasami się nie wie, do czego to doprowadzi?

Czemu Doctor Who jest aż tak fascynujący? Sama do końca nie wiem. Może to postać Doctora, która ciągle jest ta sama, ale inna (poza tym zamiast ze strzelbą lub stetoskopem, jak kiedyś myślałam, biega ze śrubokrętem i wie, jak korzystać ze swoich dwóch serc), może to, że to bardzo dynamiczny serial, zmieniający się i poniekąd dlatego liczący już 50 lat? Może to, że serial sci-fi wcale nie jest serialem sci-fi? Może to przekonanie, że każdy we Wszechświecie jest ważny i zasługuje na uwagę, może to piękno świata, to, że dzięki Doctorowi możemy zobaczyć więcej? To niesamowicie bogaty serial, poruszający całą plejadę różnych wątków i problemów, skrywający mnóstwo osobowości. I oczywiście, czyż to nie cudowne, że możemy pójść na sztukę Szekspira i spotkać się z nim osobiście, wpaść do domu Vincenta Van Gogha, natknąć się na królową Wiktorię, czy pogawędzić przyjacielsko z Churchillem, a przy tym uratować Wszechświat, oderwać się od zwykłego życia i przeżyć przygodę? I nawet jeśli zdarzają się tak idiotyczne odcinki jak Love & Monsters, nawet jeśli logiki można tu szukać ze świecą, a i tak się nie znajdzie i można tutaj umrzeć kilka razy, a i tak będzie się żyło, Doctor Who to absolutnie doskonały i zachwycający serial.

Koniec wstępu, teraz rozwinięcie. Wczoraj wieczorem Anglicy i reszta, która udawała Anglików itp. itd.  dostała odcinek Into the Dalek, dzisiaj dostali go Polacy, w tym ja. Przyznam, że nie czułam wielkich emocji w czasie oglądania odcinka i nie zrobił on na mnie piorunującego wrażenia, ale w pewnym momencie (unikam spojlerów, jak mogę) zdołałam się nawet wzruszyć i otrzeć łzę z kącika oka. Sam pomysł jest naprawdę fantastyczny. Daleków znamy praktycznie od początku, nie ma sezonu, w którym by się nie plątali i nie straszyli (nie wiem do końca, jak to było w Classic Who), urośli już do rangi symbolu serialu i choć wyglądają jak przerośnięte solniczki skrzyżowane z mikserem, tak naprawdę są okrutną, pozbawioną zasad moralnych, współczucia i empatii rasą. Przypominają nazistów, bo ich głównym przekonaniem i mottem jest exterminate!, czyli po prostu uważają, że nikt nie ma prawa istnieć prócz nich, oni są rasą panującą i powinni rządzić całym Wszechświatem. W Into the Dalek Doctor ratuje ładną i mądrą panią żołnierz z samego środka konfliktu i trafia do szpitala, w którym przetrzymywany jest uszkodzony dalek. Uszkodzony, bo dobry. Tu zaczyna się sama podróż i to podróż, jak dosłownie wskazuje tytuł, do samego wnętrza daleka. Fascynujące jest oglądanie tej śmiesznej z wyglądu maszynki do zabijania od środka, ale fajniejsze jest to, że podróż w środek daleka staje się pretekstem do rozważań o moralności. Czy dalek w ogóle może być dobry? Co z nienawiścią i jej skutkami? I czy sam Doctor jest dobrym człowiekiem, o co na początku pyta Clarę?

Jest Doctor i jest dalek. Jest dobrze.
 
Dwunasty Doctor jeszcze całkowicie mnie do siebie nie przekonał, ale mam wrażenie, że to Doctor prawdziwszy od Jedenastego czy Dziesiątego (co nie znaczy, że oni byli fałszywi, nie, nie). Szczególnie od Jedenastego, po którym tylko czasami widać było zmęczenie, smutek i starość, a który zazwyczaj zachowywał się jak wielkie dziecko z nadpobudliwością ruchową, które do końca nie wie, co robić z rękami i nogami, w ogóle nie wie, co robić, ale się cieszy, stara i nadrabia pewnością siebie (i równocześnie jest Moim Ukochanym Najcudowniejszym Wcieleniem Doctora). Dwunasty jest bardziej zgorzkniały, zdystansowany i zamknięty w sobie, poza tym w końcu dobitnie może do nas dotrzeć, że widział tak wiele i przeżył tak dużo, że stać go nawet na obojętność i pewne okrucieństwo. To już nie ten Doctor, który mógł zaprzyjaźnić się dosłownie z każdym i któremu bez obaw zarzuciłabym ręce na szyję, mówiąc, że o niczym innym tak nie marzyłam jak o podróżach z nim, a równocześnie przecież ciągle to jest Doctor, po prostu Doctor i chyba każdy jest tego pewien od początku do końca.

Ten gif pochodzi z poprzedniego odcinka, ale jest cudowny. Kocham szkocki akcent i kocham Szkotów. Choć jeszcze nie jestem pewna, czy kocham szkockiego Doctora.
 
Clara przez pewien czas swojej bytności w serialu była zbyt idealna, denerwująca i w ostatecznym rozrachunku nijaka, ale teraz! Moim zdaniem jest świetną towarzyszką, inteligentną i taką, która potrafi postawić na swoim i tupnąć nogą, gdy jej się coś nie podoba. Jak na razie Clarę uwielbiam i cieszę się, że twórcy pokazali nam większą część jej zwykłego, codziennego, nauczycielskiego życia – tego, jak godzi bycie Clarą i nauczycielką angielskiego z byciem towarzyszką szalonego Doctora.


 Pojawił się też nowy bohater, nowy nauczyciel w szkole Clary i były żołnierz (jaki fajny był ten motyw żołnierza), czyli Danny Pink. Zupełnie akceptuję jego obecność i ciekawa jestem, jak potoczą się jego losy. 

Podsumowując, podobało mi się i jestem cała rozentuzjazmowana ze względu na odcinek kolejny, bo AAAaaa! Robin Hood! Najbardziej lubię właśnie takie historie.

Oraz na koniec pytanie, które nurtuje chyba każdego Whoviana: kim, do cholery, jest Missy?



czwartek, 28 sierpnia 2014

Po co się doszukiwać, skoro można się dobrze bawić, czyli "Magia w blasku księżyca".



Cóż, nie znam się na ambitnym kinie i tylko czasami rozkładam filmy na czynniki pierwsze, doszukując się wad, zalet, smaczków i błędów. Nie jestem osobą wykształconą, tym bardziej w dziedzinie kultury, a oglądam, czytam i słucham tylko dlatego, że sprawia mi to przyjemność i myślę, że w pewien sposób ubogaca. Teraz więc nie obchodzi mnie, że na ostatnio obejrzany przeze mnie dość spontanicznie film w kinie, czyli „Magię w blasku księżyca” Allena, narzekają, sarkają i wykrzykują, że starszy Allen był lepszy, a teraz się popsuł, skończył, koniec. Tak samo jak nie obchodziło mnie, gdy trzy osoby siedzące przede mną w Sali najpierw hałasowały i przekomarzały się, kompletnie nie wykazując zainteresowania tym, co dzieje się na ekranie, a w połowie filmu wyszły. Bo się po prostu świetnie bawiłam.


I tak, podejrzewam, że nowy film Woody’ego Allena nie jest filmem drobiazgowo doskonałym, może nie tak dobrym jak wcześniejsze filmy tego reżysera, jednak był moim doskonałym wyborem na spędzenie wieczoru. To w gruncie rzeczy komedia romantyczna i tak jak przy tym gatunku się powinno robić, śmiałam się, uśmiechałam i kibicowałam bohaterom. Bo w ogóle strasznie sympatyczni ci bohaterowie, szczególnie Stanley, który z zawodu jest iluzjonistą, a przy tym jest racjonalny do bólu, nie wierzy w nic, czego nie może zobaczyć, uważa, że życie to pasmo udręk i cierpień, przy najbliższych okazjach cytuje Nietzschego, a hobbystycznie zajmuje się demaskowaniem przeróżnych mediów, czarodziejek i spirytualistek. On jest tak pesymistyczny, uszczypliwy i sarkastyczny, że nie sposób go pokochać, nawet jeśli przeczy wszystkiemu, co jest dla mnie ważne i podejrzewam, że w obecności takich ludzi zwrot relacje międzyludzkie nabiera zupełnie innego znaczenia. Sophie, czyli medium, które tym razem ma zostać zdemaskowane, jest zupełnie inna, ale równie sympatyczna. Okrzyknięta cudem, uwielbiana za swoje nadprzyrodzone zdolności, jest świadoma swoich zalet i uroku, jaki roztacza. Jest śliczna, miła i raczej inteligentna, a przy tym spełnia ludzkie marzenia, przepowiadając znajomym świetlaną przyszłość i kontaktując ich ze zmarłymi bliskimi. Nie dziwne więc, że Sophie ma bogatego adoratora, który śpiewa jej serenady, przygrywając sobie na ukulele. Urocze. A Stanley w tym czasie próbuję udowodnić, że Sophie jest perfidną oszustką i świat duchów nie istnieje. Też urocze.

 Nam pozostaje zaangażować się w potyczkę jednego świata z drugim, a przy tym zastanowić się: wierzyć, czy nie wierzyć? I jaki jest, do cholery, sens?
 

Całość rozgrywa się na południu Francji, pod koniec lat 20. Jest luksusowo, modnie i bardzo klimatycznie, na pewno przyjemnie dla oka widza i to bez wątpienia duży plus filmu. Jednak w zasadzie to film bez większej fabuły i nie jestem specjalnie zdziwiona głosami, że nudne to i ciągnące się jak spaghetti. ”Magia w blasku księżyca” opiera się przede wszystkim na dialogach, a tym nie można nic zarzucić. Są błyskotliwe, inteligentne, często okraszone szczyptą ironii i sarkazmu i mimo tego braku akcji, nie mogłam oderwać oczu od ekranu. Na pewno duża w tym zasługa aktorów. Colin Firth, czyli dla mnie już do końca życia idealny pan Darcy, jest doskonały w roli sceptycznego Stanleya i wiarygodnie odgrywa wszystkie wybuchy wściekłości. Także Emma Stone jest odpowiednio urocza, tak jak urocza ma być jej bohaterka, szczególnie wtedy, gdy przekonuje, jak bardzo kocha jedzenie,   ale na uwagę zasługuje także drugi plan, czyli fantastyczna Jacki Weaver, Eileen Atkins, czy  Simon McBurney.

Zły Colin to cudowny Colin. Rzekłam.
To nie jest stary Allen, Allen depresyjny i neurotyczny, to nawet nie jest Allen ze smutnej i według mnie bardzo dobrej „Blue Jasmine”, więc „Magia w blasku księżyca” może zawieść i jak przekonuje Internet – zawodzi. Ale to jest tak fantastycznie przyjemny i zabawny film, że z chęcią obejrzałabym go drugi raz. Nawet jeśli wlicza się do komedii romantycznych, za którymi przecież nie przepadam.

"Magia w blasku księżyca", reż. Woody Allen, 2014, USA

wtorek, 19 sierpnia 2014

Historia codzienna może być historią doskonałą, czyli o "Żonach i córkach".



River już dawno miała coś napisać, ale River nie mogła, bo miała tak dużo do powiedzenia, że w sumie wszystko jej się pomieszało i nie potrafiła konstruktywnie wyrazić swoich opinii. Ale teraz będzie próbować. River zacznie więc od książki, którą czytała na plaży i przez którą nie potrafi teraz normalnie funkcjonować, bo cokolwiek czyta, okazuje się niewystarczająco dobre i River kręci nosem.

A chodzi o „Żony i córki”, które są ostatnią książką Elizabeth Gaskell i książką niedokończoną. Nie powoduje to jednak poczucia niepełności, tak naprawdę brakuje tylko jednego rozdziału, który ładnie zamykałby całą powieść i potwierdzał przypuszczenia. Nietrudno domyślić się tego, jak potoczyły się losy głównej bohaterki, pisze też o tym Frederick Greenwood w Podsumowaniu. Brak klamry spinającej całą historię nie jest tak mocno odczuwalny, bo przede wszystkim to nie jest książka, którą czyta się dla fabuły. Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest książka, w której w ogóle nie ma fabuły, ale powieść, która jest najzwyczajniejszym w świecie opisem tamtejszego życia. Tak jakby wycięło się pewien fragment istnienia dziewiętnastowiecznej panny i opakowano w struktury powieści. Tam po prostu nie ma niczego spektakularnego, nie ma też tego, co występuje w dziełach przyjaciółki pani Gaskell – Charlotte Bronte, żadnych mrocznych, nadnaturalnych elementów, strychów i drżenia o to, czy spotkają się, czy nie. Proza Elizabeth Gaskell to coś absolutnie spokojnego, a zarazem wspaniałego. Gdybym ja opisała życie poszczególnych osób z mojego miasteczka, powstawiała ploteczki i małe skandale, a wszystko to okrasiła opowieścią o zwykłej, niczym niewyróżniającej się dziewczynie, nie dałoby się tego czytać. A Gaskell opisała codzienną zwykłość i nie dość, że czyta się to znakomicie, to jest jeszcze niewyobrażalnie wciągające i angażujące.

„Żony i córki” to przede wszystkim historia młodziutkiej Molly Gibson, która musi zmierzyć się z decyzją swojego ojca o powtórnym ożenku z pozornie uroczą i ładną, ale w rzeczywistości mającą całą plejadę wad Hiacyntą Kirkpatrick. W dotychczas uporządkowanym i naprawdę szczęśliwym życiu Molly pojawiają się nowe postaci, charaktery, przyjaźnie i wraz z nimi także problemy. Sama bohaterka jest w wieku szukania siebie, pierwszych miłości i rozterek, które, jak się okazuje, nie różnią się szczególnie od tych współczesnych. Sympatyczna jest ta Molly, bez problemu można ją polubić i jej kibicować, poza tym dostajemy całkiem ładny character development. Molly dorasta, zmienia się, robi się rozsądniejsza, trochę mniej dziecinna.

W ogóle bohaterowie „Żon i córek” są niezwykle mocną stroną tej powieści. Elizabeth Gaskell widziała dużo, dostrzegała dużo i opisywała ludzkie zachowania z niesamowitą precyzją i smakiem. Wiele jest szarości w tych postaciach, Gaskell pozwoliła im na popełnianie błędów, dzikie wędrówki, złośliwości, ale jednocześnie brak jest jednoznacznej oceny. Lubię takie książki i lubię takie filmy, gdzie bohaterowie błądzą, jak się tylko da, ale jednocześnie są traktowani z łagodnością i sympatią. Nie ma kary za grzechy, jest życie. Mamy więc Osbourna Hamleya, który miał być synem idealnym, całą resztę przesympatycznych Hamleyów, doktora Gibsona i panią Kirkpatrick, wyniosłą Harriet ze swoją arystokratyczną rodziną, w końcu córkę późniejszej pani Gibson Cynthię, która jest cudownie pogubioną i złożoną postacią, a do tego postacią zupełnie inną niż poukładane i silne bohaterki wiktoriańskich powieści.

Wspaniała to książka. Jest tak obszerna, że jej przeczytanie może stanowić wyzwanie, ale w pewnym momencie nie chce jej się kończyć i chciałoby się, by była niekończącą się historią. Barwna opowieść o angielskiej prowincji porywa. Brak tu zwrotów akcji i tych typowych zagrań autorów, którzy za wszelką cenę chcą zwrócić uwagę czytelnika, bo one są kompletnie niepotrzebne. Tu opowieść rozwija się powoli, płynnie, trochę sennie i sprawia tyle radości, ile może dać doskonała książka.

Tylko jedną wadę mają „Żony i córki”, choć nie jest to wina autorki, a polskiego wydawnictwa. Błagam, to powinno być narzucone przez prawo, by książki z ilością stron przekraczającą 500 miały twarde okładki. Dbam o książki, ale mój egzemplarz miał obdarty grzbiet już w sklepie, a teraz doszły okropnie pozaginane rogi i „zmarszczki” na całej okładce. Cóż, przynajmniej widać, że ktoś ją czytał.

"Żony i córki", Elizabeth Gaskell, wyd. Świat Książki, 2012, tłum. Katarzyna Kwiatkowska

czwartek, 10 lipca 2014

Ludzie jak pszczoły, czyli Sekretne życie pszczół.



Co jakiś czas zarzekam się, że wszystko co amerykańskie działa mi na nerwy, nigdy nie chciałabym pojechać do Stanów i z USA pochodzą wszelkie światowe idiotyzmy. Ale to nieprawda, nie słuchajcie mnie, nie czytajcie i ignorujcie, gdy tylko zacznę głosić podobne brednie, bo Amerykanie potrafią tworzyć wspaniałości, co nieodmiennie mnie zaskakuje (okey, obejrzałam wczoraj kolejny film Andersona i jestem w euforii, więc patrzę na amerykańskie twory przychylnym okiem).
I ostatnio tych wspaniałości u mnie dużo. Tak jak czasami czytam tylko brytyjskie książki i oglądam brytyjskie filmy, tak ostatnio wpadłam w ciąg, w którym czytam amerykańskie książki i oglądam amerykańskie filmy. Capote, Lee, Green i Harris w kolejce (tak, zamierzam czytać o pewnym kanibalu na plaży – to chyba dobre okoliczności). I tak całkiem przypadkowo, totalnie spontanicznie doszła Sue Monk Kidd z jej „Sekretnym życiem pszczół”.

Tak sobie myślę, że to przede wszystkim ogromnie ciekawa i poruszająca historia, która stanowi siłę tej powieści. Jest w niej delikatnie poruszony problem rasizmu, są pszczoły, które w niezwykły sposób łączą się z powieścią i Lily Owens, czyli dziewczynka, która w wieku czterech lat zabiła własną matkę. Dołożyć do tego zgorzkniałego, okrutnego ojca, Czarną Marię oraz cztery czarnoskóre kobiety i voilà! mamy zgrabną opowieść o poszukiwaniu samego siebie, samotności, poczuciu winy i przeróżnych duchowych ciężarach. A że Lily w czasie trwania akcji powieści ma lat czternaście, poszukuje, odczuwa wszystko bardzo silnie i przeżywa problemy wieku nastoletniego, nietrudno było mi się z nią utożsamić i pokochać, mimo że czternaście lat już dawno mam za sobą, a samej Lily daleko od ideału. Bo może i takich historii jest wiele, może temat jest wyświechtany i banalny, ale uwielbiam opowieści o życiowych popaprańcach, totalnie zagubionych dzieciach, wędrowcach błąkających się bez celu. A „Sekretne życie pszczół” ma jeszcze tę przewagę, że mimo wielu poruszanych w nim problemów, mimo ogromu smutku oraz bohaterki, która żyje z ciągłą świadomością tego, że jest niekochana, a jej najbliższą osobą jest czarna opiekunka Rosaleen, jest ciepłe, pokrzepiające i pełne nadziei. I przypomina moją ukochaną prozę Montgomery, gdzie zawsze można znaleźć dobrych ludzi i pocieszenie.

Dlatego lubię tę książkę. Jest słodko-gorzka, okraszona smakiem miodu, zawierająca fragmenty, które mnie chwytają za serce i poruszają. Wpada w banał, ale on nie przeszkadza w żadnym stopniu. Jest urocza i ciepła, a przy tym jest napisana w taki sposób, że doskonale się ją czyta. Lubię, gdy książka wciąga mnie na tyle, że nie potrafię się od niej oderwać i po skończeniu jestem zaskoczona, że to już, a „Sekretne życie pszczół” właśnie takie jest. I może ktoś to weźmie za wadę, ale niezwykle urzekła mnie empatia i delikatność, z jaką Sue Monk Kidd traktuje swoich bohaterów. Jakby dawała im szansę na wytłumaczenie swoich czynów, opisywała, nie potępiając, ale pozwalając czytelnikom nawet tych bohaterów polubić. 

I ta atmosfera amerykańskiej prowincji. I miód dodawany do wszystkiego. I te fragmenty o pszczołach, które mają z ludźmi zaskakująco wiele wspólnego. I May, Zach, August, bojąca się June. I ściana płaczu, Oh, Susanna i marzenia. Ja naprawdę strasznie lubię tę książkę i cały czas mam wrażenie, jakby ona była pisana trochę dla mnie (wiem, głupie i nieprawdziwe to wrażenie). Może to przez to Amazing Grace, które nuciłam przez cały poranek, a potem niespodziewanie pojawiło się w książce?

„ - Dlaczego biali uważają, że możemy odnosić sukcesy wyłącznie w sporcie? Nie chcę grać w futbol – stwierdził. – Chcę zostać adwokatem.
 - Nie mam nic przeciwko temu – odparłam, lekko zniecierpliwiona. – Nie słyszałam po prostu nigdy o murzyńskim adwokacie, ot co. Trzeba o czymś słyszeć, zanim zacznie się marzyć.
- Gówno prawda. Trzeba marzyć o rzeczach, o których nigdy się nie słyszało.”

Obejrzałam też film, który jest dość wierny książce, ładny, ale jednak dla mnie niekompletny. Jednak bardzo trudno przełożyć język powieści na język filmu i po drodze łatwo coś zgubić. Nawet Lily wydawała się tam trochę inna.

"Sekretne życie pszczół", Sue Monk Kidd, wyd. Albatros, 2004, tłum. Andrzej Szulc