Nie było mnie. Zgubiłam się totalnie, dokumentnie, nadal nie pozbierałam wszystkich rozbitych kawałków, ale codziennie próbuję dopasowywać jeden do drugiego. Ciągle się sklejam, już prawie skończyłam, choć jeszcze coś nie pasuje. Czuję się trochę jak patchwork, jakbym zebrała w siebie mnóstwo różnych skrawków i nie wiem teraz do końca, jakie mam źródło, gdzie i do kogo należę. Znam się już lepiej, ale nie ta dobrze, jakbym chciała.
Zaczęłam błądzić już w czerwcu, nawet w maju, prawie dwa lata temu. Napisałam te trzy teksty ostatkami sił, próbowałam wmówić sobie, że cokolwiek mnie jeszcze interesuje. Hej, całe życie uwielbiałaś czytać, co teraz? Idź do kina, kochasz kino, może ten film w końcu ci się spodoba? Nie spodobał się, po jakimś czasie zrezygnowałam z chodzenia do kina, bo wychodziłam zawsze rozczarowana sobą, nie pamiętając już końca filmu, a co dopiero początku. Porzucałam książki, bo żadna nie sprawiała mi przyjemności, żadna nie była w stanie mnie poruszyć. Nie chodziło o to, że były to złe książki. Umiałam doceniać i oceniać, potrafiłam powiedzieć, co było zgrabne, a co koślawe, ale nie czułam NIC. Kiedy na początku lipca dostałam się na studia, o których nawet bałam się marzyć i kiedy moja mama płakała ze szczęścia w słuchawkę telefonu, też nie czułam nic. Przeklęta obojętność. Tyle jest problemów z uczuciami, chciałoby się kiedyś ustatkować i żyć samym spokojem, a tu okazuje się, że brak uczuć jest jeszcze gorszy. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, może przejdzie, może jestem przemęczona, może we krwi coś nie tak albo z witaminami. Nie chciało mi przyjść do głowy, że może po prostu mam dość życia.
Nie chcę pisać tutaj o mojej historii choroby, bo to nie jest miejsce na tę opowieść, a i ja chyba jeszcze nie czuję się na siłach, by o tym opowiadać. Chodzi raczej o to, że zaczęło się całkiem niewinnie, od utraty zainteresowań, ciągłego zmęczenia, problemów ze snem, głupich myśli, które przychodziły do głowy w najmniej odpowiednich momentach i mówiły, że przyszłości nie ma. Nie zareagowałam w porę, bo zbyt mało wiedziałam i za bardzo się bałam, a w międzyczasie ten czarny niewielki kłębek rozrósł się do wielkości monstrum, które infekowało każdą komórkę mojego ciała. A teraz, choć wiem, że niewiele osób to przeczyta, może nawet nikt i może nawet lepiej, chciałabym każdemu i sobie z przeszłości wykrzyczeć w twarz: obserwujcie się. Dbajcie o siebie. Bądźcie uważni. Reagujcie. Pozwólcie sobie na niemyślenie, na bycie niedoskonałym, zmęczonym, chorym, smutnym, pokręconym, ale też radosnym, rozentuzjazmowanym, cieszącym się ze wszystkiego. Po prostu pozwólcie sobie na bycie i kochajcie siebie.
Skończyło się dobrze, w końcu jestem. Uczę się pilniej niż wcześniej, oglądam Gilmore Girls, bo tylko na to mam czas, sprawia mi radość i sobie pozwalam. W końcu czytam. Czasem czytam więcej, czasem mniej, czasem jak wariatka. Odkryłam mnóstwo wspaniałych książek, o których chciałabym Wam powiedzieć, ale nie wiem, czy powiem, znalazłam kilku autorów, których od razu pokochałam i często mam tak, że chciałabym zamknąć się w jakimś pokoju bez okien, za to z wygodną kanapą i dobrym oświetleniem i przeczytać wszystko naraz, bo nie umiem się zdecydować, a poza tym chcę WSZYSTKO. Znów kupuję za dużo, wyliczam pieniądze na jedzenie, chodzę grzecznie na terapię, coraz więcej rozmawiam z ludźmi, uczę się ich kochać i rozumieć. Wstaję z niechęcią, ale wstaję, łykam tabletki i wypełniam dni obowiązkami, a kiedy mam dość siebie i swojej codzienności, po prostu biorę książkę. Albo włączam Gilmorki.
I wiecie, depresja to gówno, ale wychodzenie z niej to piękne odkrywanie świata na nowo (trochę jak po sztormie, są ofiary w ludziach, trzeba zbierać odpadki i budować statek na nowo, ale jest już dobrze, spokojnie i bezpiecznie).
PS Czytajcie Sandersona!
czwartek, 5 stycznia 2017
poniedziałek, 8 czerwca 2015
Jestem okropnym czytelnikiem.
To prawie jak wyznanie, wiecie, całkiem wstydliwe, bo
przecież ogłaszam wszem i wobec, że tak, kocham książki, czytam całkiem sporo
(ale wiadomo, zawsze za mało, ach, tyle do przeczytania, tak wiele książek, tak
mało czasu), wieczory spędzam z powieścią, jadam śniadania z książką na stole,
uważając, by przypadkiem nie wylądowała na niej jajecznica. Powiedzmy, że to
wszystko prawda. Ale jest też ta druga strona.
Tak, jestem okropnym czytelnikiem, wręcz beznadziejnym,
najgorszym typem z możliwych.
Już od lat nie potrafię skupić się na jednym. Przeczytam zdanie
być może najgenialniejszej książki, którą mam szczęście trzymać w rękach, a za
chwilę podniosę się, pomiziam kotę za uchem, wyjrzę przez okno, pójdę coś
zjeść, bo jak to tak czytać, kiedy żołądek jest niepełny, przeczytam drugie
zdanie, włączę ładną muzykę, by po chwili stwierdzić, że nie, jednak soundtrack
z Władcy Pierścieni nijak nie pasuje, bo jak mogę się chichrać głupkowato przy
Pratchettcie, kiedy mi się Helmowy Jar przypomina. Przeczytam trzecie zdanie,
po czym dochodzę do wniosku, że może jednak te książki poukładam zamiast czytać.
Przeżywam tragiczne miłości. Ciągle spotykam coś nowego,
poznaję bohaterów i nawet zaczynam się do nich przywiązywać, tylko po to, by zaraz
bezczelnie ich porzucić. Pół roku temu kupiłam Stasiuka, zakochałam się
bezgranicznie, zachwycałam się zgrabnością zdań, elokwencją, surowym pięknem,
po czym założyłam zakładkę na stronie 66 (stron jest 170) i odłożyłam. Już
nawet nie wiem, o co tam chodziło, ładną okładkę mają te ekspresy. Jeszcze wcześniej dostałam Alice Munro od M.
Ładne były te pierwsze opowiadania, nie mogę zaprzeczyć. Ale ja nie umiem
czytać opowiadań, niestety, baśnie umiem, ale im było daleko do baśni. Nie
wiem, czy kiedykolwiek wrócę. Ale nie ma tego złego, przynajmniej miłe
towarzystwo ma ta Munro, może się dogada z Sylvią Plath (chociaż ta przeczytana
w całości). Nie dokończyłam nawet zbiorku mojego ukochanego Tolkiena, nie
tknęłam jego biografii, którą niegdyś wybłagałam. Dziś próbowałam wrócić do
Domu w Riverton i poniosłam sromotną porażkę, bo zakładka została wetknięta
gdzieś około setnej strony, a ja nawet nie wiem, kto się kryje za eleganckimi
imionami. Jakaś służąca tam była? Lord, zabójstwo, co?
Książki nie mają ze mną dobrze. Nigdy nie wiadomo, kiedy
stwierdzę, że jednak nie mam ochoty, jestem na ten tytuł akurat zbyt wesoła/
zbyt smutna/ zbyt zmęczona/ zbyt głupia/ zbyt mądra i tym samym kiedy kolejny
biedny tom trafi na półkę zatytułowaną „yyyy… kiedyś skończę”.
Nie ma się co łudzić, w niektórych przypadkach oznacza to nigdy.
Nie ma się co łudzić, w niektórych przypadkach oznacza to nigdy.
Zdradzam książki. Potrafię czytać dwadzieścia naraz. Co
najlepsze, nie mieszają mi się wtedy fabuły, a pamięć mam iście fenomenalną.
Tylko wtedy. Przydałaby się taka zawsze i wszędzie, żeby dotyczyła takich
książek jak na przykład mojego pierwszego Pratchetta, z którego pamiętam
jedynie Bagaż na nóżkach i to, że było fajnie i śmiesznie, ale za bardzo nie
ogarniałam, co do cholery autor miał na
myśli.
Czytałam na lekcjach jednocześnie wdając się w rzadko
spotykane dyskusje na języku polskim. Czytam przy rozmawiających ludziach,
również rozmawiając. Czytam przy włączonym telewizorze, komputerze, hałaśliwej
(lub nie) muzyce. Jestem człowiekiem, który lekceważy pracę pisarza, zajmując
się nie tylko książką, ale także milionem innych rzeczy.
Ale nadal czytam. Czasami nawet coś kończę. Okazjonalnie
zdarza się, że trudno jest mi się od czegoś oderwać. Tak było kilka dni temu,
kiedy czytałam doskonały „Dobry omen”. Po nim zaczęłam już trzy inne książki i
te trzy książki porzuciłam bez żadnych skrupułów, a jutro pewnie przejdę się do
biblioteki. Lecz co z tego, skoro to kompulsywne, dziwaczne czytanie sprawia mi
niesamowicie dużo radości?
piątek, 5 czerwca 2015
Dojrzewanie w trybie przyspieszonym, czyli "Garden State".
W. kazała obejrzeć, więc usiadłam grzecznie i obejrzałam.
Był Andrew dziwaczny i popaprany, z uczuciami poukrywanymi głęboko i z łzami,
których nie było. Było nudne i proste życie, z dala nawet od siebie. Był ojciec
– psychiatra i matka, która utopiła się w wannie. Nieskomplikowany przepis na
idealny film dla mnie, szczególnie na upalny dzień majowo-czerwcowy, kiedy
nawet seriale przestają mnie wciągać, a na coraz dziwaczniejsze memy z Gry o
tron patrzę z obojętnością.
Tylko, że Garden State to tak naprawdę film niesamowicie pokrzepiający, momentami zabawny, uroczy i rozluźniający. W sumie trochę tak jak w życiu, smutki są, ale trzeba ruszać dalej i dostrzegać, że mimo wszystko, to jest całkiem w porządku.
Tylko, że Garden State to tak naprawdę film niesamowicie pokrzepiający, momentami zabawny, uroczy i rozluźniający. W sumie trochę tak jak w życiu, smutki są, ale trzeba ruszać dalej i dostrzegać, że mimo wszystko, to jest całkiem w porządku.
Andrew wrócił do Garden State na pogrzeb matki. Nie płakał,
bo nie mógł, wiecznie na środkach antydepresyjnych, którymi faszerował go
ojciec troszczący się o jego szczęście. Aż nasuwa się śliczne Song of the Sea,
gdzie wiedźma nie miała wcale złych intencji, ale pragnęła braku cierpienia i
poczucia szczęścia dla wszystkich, więc zabierała wszystkie strachy, smutki i
złe emocje. Niby proste i właściwe, ale w ostatecznych rozrachunku jakie
okrutne. Andrew spotkał się ze starymi znajomymi, podejrzał ich zwyczajne i
stateczne egzystencje, poobcował trochę z absurdalnym bogactwem, brakiem nadziei
i rozrywkami, które miały sprawić radość, a zostawiały pustkę. A potem spotkał
Sam. Frywolną, radosną wariatkę z szalonego domu, która uwielbiała robić to,
czego przed nią nie robił jeszcze nikt.
To jest taka bardzo prosta opowieść o zagubieniu i odnajdywaniu
siebie, o potrzebie bliskości drugiego człowieka i godzeniu się sobą. O tym, że
czasami nie warto uciekać, ale wsłuchać się, zatrzymać i po prostu żyć, nie tak
jak każą, ale tak jak się chce. O tym, że czasami trzeba przestać tłamsić w
sobie wszystko, ale stanąć i wykrzyczeć światu całą złość, ból, radość,
rozczarowanie. Film wypełniony oczywistościami, które może już wyświechtane,
ale ciągle warte przypomnienia. Do mnie trafiło całkowicie.
Poza tym po Czarnym łabędziu nie mogłam patrzeć na Natalie
Portman. Oglądając Garden State cieszyłam się z każdej sekundy jej pobytu na
ekranie, serio.
Co więcej! Jeden człowiek odpowiada za reżyserię, scenariusz i postać głównego bohatera. Ja jestem pod wrażeniem, Wy też powinniście.
"Garden State", reż. Zach Braff, 2004, USA
piątek, 22 maja 2015
Niebezpieczny diabeł z Hell's Kitchen, czyli obejrzałam Daredevila i nie wiem, co robić ze swoim życiem.
Tak w skrócie.
Daredevil jest dla mnie kolejnym przykładem tego, jak duży
wpływ na nasze (a przynajmniej moje) życie ma popkultura. Wiadomo, że zazwyczaj
odbywa się to bez większych ekstrawagancji, obejrzy się film, zapisze się w
swoim mózgu, że był w porządku, napisze się do kogoś nakaz obejrzenia również,
okraszając wiadomość serduszkami, później pójdzie się czytać książkę, zachwyci
się przez chwilę i tak w kółko. A przy tym można bez żadnych problemów pójść
pobiegać czy spotkać się z przyjaciółką i porozmawiać na zupełnie randomowe
tematy. Ale z Daredevilem sprawa wygląda inaczej, trochę jak z Doctorem Who czy
Władcą Pierścieni, bo przez ostatnie dni oglądałam tylko ten jeden serial, a
gdy już włączyły się napisy końcowe ostatniego odcinka, obejrzałam jeszcze raz
pierwszy. A potem jeszcze raz. Postanowiłam też zostać superbohaterem i zacząć
ćwiczyć tylko po to, by umieć biegać po dachach i obijać ludziom buźki. Tak na
wszelki wypadek.
| Netflix się dogadał z Marvelem i ładne rzeczy z tego wyszły. TAKIE ŁADNE. |
Trudno mi teraz silić się na wielki obiektywizm, więc
napiszę tylko to, co podpowiada mi serce, a moje serce twierdzi bezsprzecznie,
że jest to serial genialny. I bije trochę mocniej, gdy na ekranie jest Matt
Murdock. Sam Matt stwierdziłby, że jestem chora, a Stick, że to stan gorszy od
choroby. Prawda jest taka, że już dawno nie zaangażowałam się emocjonalnie w
żadną fikcyjną historię tak mocno, bo co z tego, że niedawno myślałam tylko o
Grze o tron, jak Gra o tron zeszła na drugi plan, a piąty sezon bardziej mnie
irytuje niż porywa. Może Daredevil nie jest bardzo zaskakujący, czasem jest się
nawet pewnym tego, że coś się stanie, że jak idzie się samemu w ciemnościach,
nie ma co liczyć na bezpieczną podróż, ale równocześnie nie da się obejrzeć
jednego odcinka, nie włączając zaraz potem kolejnego. Dla mnie niemożliwy też
był brak ukradkowych łez, westchnień oraz
okrzyków typu: „Coooo?! Ale dlaczego? Nie, nie rób tego! Nie idź tam! Cooo?!
Fuj! Co to jest!”.
Ale o co w ogóle chodzi? Otóż o to, że Foggy Nelson wraz ze
swoim kumplem na śmierć i życie Mattem Murdockiem po odbytym stażu w okropnej
kancelarii prawniczej, zakładają własną w rodzinnym Hell’s Kitchen i pragną
walczyć o sprawiedliwość, a przy tym zarobić sporo pieniędzy. Mógłby być z tego
całkiem niezły serial prawniczy, gdyby nie to, że Matt wieczorami zakłada
czarną maskę i bije każdego złego, który mu się napatoczy. A, i jest niewidomy.
Czasami prawo jest po prostu bezsilne. Czasami zło ukryje
się tak dobrze, że zwykła ustalona sprawiedliwość go nie sięga, czasami ma przy
tym ogromne wpływy i czuje się kompletnie bezkarne. Zamaskowany wymierza więc kary
na własną rękę, próbuje na swój dość nieudolny sposób, uchronić miasto,
sprawić, by było lepsze, piękniejsze, bezpieczniejsze. To wszystko nie dlatego,
by móc się nazwać bohaterem, ale dlatego, że w jego przekonaniu tak jest po
prostu właściwie, bo skoro potrafi, skoro posiada zdolności, to musi. Bardzo mi
się to podobało, kompletnie niewidomy prawnik straszący złych ludzi pod wpływem
imperatywu, ale w pewnym momencie zaczynamy myśleć, że on nie kieruje się
jedynie wewnętrznym nakazem i silnym poczuciem odpowiedzialności. To nie tylko
samotny bojownik o prawo i dobro. Może on to po prostu lubi? Może rzeczywiście
odziedziczył po ojcu bokserze zdolność do padania i wstawania, obrywania i
podnoszenia się z tego? Czy w imię wyższej idei, dobra wspólnego można zabić? I
czym różni się zamaskowany postrach zwany Diabłem z Hell’s Kitchen od tych, z
którymi walczy?
Samo Hell’s Kitchen nie przypomina części Nowego Yorku,
który znamy z innych produkcji Marvela. Żadnych istot pozaziemskich, żadnych
dziwacznych stworów ani walk faceta w żelaznej zbroi z zielonym potworem, nic z
tych rzeczy. Atmosfera trochę jak z Gotham, ciężko i duszno, wręcz
przytłaczająco. Wiemy, że w ciemnych uliczkach może czaić się kolejny zbir, tu
handlują ludźmi, tam narkotykami, wymuszenia i korupcja to żadna nowość. Może
przesada, a może rzeczywistość, w każdym razie jest o wiele poważniej niż można
było się tego spodziewać po Marvelu. Źli w istocie są źli i to źli bardzo po
ludzku. To już nie jest Loki, który każe nam klękać, ale ludzie, od których
uciekalibyśmy z prędkością światła, a co najgorsze ludzie ci tworzą sieć, która
powoli zaczyna oplatać wszystko i wszystkich.
W ogóle serial wypada bardzo prawdopodobnie, mimo że jest
ekranizacją marvelowskiego komiksu. Łatwiej nam uwierzyć w niewidomego, który
ma bardzo wrażliwe inne zmysły niż choćby w zmutowanego Kapitana Amerykę. Przy
tym nasz bohater ma całkiem zwykłe problemy jak normalny człowiek, nie
superbohater i sam też jest połączeniem zwyczajności , siły i uroku osobistego.
Jest bardzo prawdziwy, jego przeszłość łączy się z teraźniejszością i z
łatwością jesteśmy zdolni uwierzyć, że taki mężczyzna może spokojnie żyć obok
nas. Serial nie może się też obejść bez walk. Te są bardzo częste i czasami
okropnie brutalne, a patrzy się na nie ze sprzecznymi uczuciami. Lubię wszelkie
bijatyki na ekranie, a dobre sceny batalistyczne w filmach zazwyczaj są moimi
ulubionymi, więc cudownie oglądało mi się te wszystkie skoki, uderzenia i
uniki, bo choreografia jest naprawdę niesamowita, ale jednocześnie im więc
godzin przed serialem spędziłam, tym było gorzej. Walki są nakręcone nie tak,
że tu widzimy pięść, tam głowę, tu ktoś uderza, ale nie wiadomo kto, w Daredevilu wszystko jest bardzo widoczne.
Widoczny jest też ból i niesamowite męczące jest oglądanie tego, jak trudno
kogoś pokonać gołymi pięściami, jak często się upada, jak bardzo się krwawi i
jak ma się już tylko resztki siły, by poruszyć czymkolwiek. Naprawdę, kiedy już
jest się przywiązanym do głównego bohatera, co myślę, że jest bardzo łatwe,
męką jest patrzenie, jak on obrywa, a obrywa porządnie. Jednocześnie mimo
brutalności, Daredevil nie jest serialem bardzo krwawym i choć epatuje
przemocą, to robi to w sposób uzasadniony. Nie jest to bezsensowne pokazywanie
flaków, po to tylko, by wywołać obrzydzenie.
Chociaż większość scen jest ciemnych, nie jest też tak, że
cały serial opiera się na mścicielu w masce i obijaniu twarzy. Bardzo ładnie
wyważono przygnębiające momenty z tymi zabawnymi, jasnymi czy nawet
wzruszającymi. I na pewno nie pokochałabym tego serialu tak mocno, gdyby nie
to, że ma świetnych bohaterów, do których niezwykle się przywiązałam. Matt to
miłość od pierwszego wejrzenia, tym bardziej, że jak niektórzy wolą złoczyńców,
tak ja mam słabość do bohaterów, którzy nie tyle są dobrzy, ale chcą być
dobrzy. Poza tym może rację miał Foggy, mówiąc, że to niesprawiedliwe, bo Matt
podrywa na ślepotę. Może. Nie sposób jednak nie wspomnieć, jak ważny był tutaj
dobór aktora, bo Charlie Cox, którego ja lubię od czasów, kiedy obejrzałam po
raz pierwszy Gwiezdny pył (swoją drogą cudowny film, jeśli jeszcze ktoś nie
widział, niech idzie oglądać), okazał się Murdockiem idealnym. Sprawdza się
zarówno w scenach, kiedy gra prawnika, dając swojej postaci mnóstwo gestów
charakterystycznych dla osób niewidomych i obdarzając swoją postać takim
dziwnym i jednocześnie miłym spokojem, ale także w tych, kiedy musi
wykonywać akrobatyczne wygibasy i siać
postrach w Hell’s Kitchen. Nie tylko jednak na głównym bohaterze opiera się
cały serial, bo jego przyjaciele również są niezwykle ważni nawet dla rozwiązania
całej sprawy, nad którą nasi bohaterowie pracują. Foggy grany przez Eldena
Hensona stanowi cudowne dopełnienie swojego przyjaciela i jest tak wspaniale
bezpośredni i szczery, że kupuje mnie całkowicie. Jednak nie jest tylko
humorystycznym elementem, ale pełnoprawną i istotną postacią w serialu. Również
sekretarka Karen, odważny reporter Ben czy pielęgniarka, która stanowi silne
wsparcie dla protagonisty, to nie byle jak napisani bohaterowie upchnięci po to,
żeby tylko byli. Każdy jest pełnowymiarowy i ważny, podoba mi się to ogromnie.
O całym szeregu przeciwników można powiedzieć to samo, a ten główny zły jest
doskonałym głównym złym. Serio, chcę więcej takich złoczyńców na ekranie.
Daredevil ma w sobie to wszystko, co najbardziej lubię w
serialach albo nawet w filmach. Nawet historia jest tu opowiadana stopniowo,
powoli dostajemy kolejne elementy układanki, a jednocześnie fabuła cały czas
trzyma nas w napięciu. Są bohaterowie, którzy wzbudzają emocje, momenty, gdy
oglądamy z otwartymi ustami i te, w których się uśmiechamy. A przede wszystkim
jest rozlewające się zło i garstka ludzi, która ma odwagę powiedzieć mu
stanowcze nie i stanąć w opozycji. Może to nieeleganckie, ale cały czas
przychodzi mi na myśl „Dżuma” i myśl z niej, że wobec zła jesteśmy bezradni,
ale to nie znaczy, że mamy przestać z nim walczyć. Trzeba walczyć nieustannie,
mimo że często nie widać ani końca, ani sensu.
Oczywiście trzeba pamiętać, że mimo swojej realności
Daredevil to nadal serial superbohaterski. Nadal się zastanawiam, czemu nikt
nie zapytał faceta z czarną maską na oczach, jakim cudem on przez to widzi albo
po prostu w czasie walki czy czegoś mu tej maski nie ściągnął, nie odkrył jego
prawdziwej tożsamości i nie zniszczył jako niewidomego prawnika Matta Murdocka.
Jestem przekonana, że jakbym ja nałożyła czarną maskę na pół głowy, to i tak
moi bliscy poznaliby mnie po tej pozostałej połowie twarzy lub po głosie. Ale
czy to ważne? Dla mnie Daredevil to serial doskonały, porywający i angażujący
totalnie.
Mówiąc najkrócej jak się da: kocham bardzo.
| Foggy twierdzi, że to przez współczucie, ja uważam, że wszystkiemu winny jest ten uśmiech. |
sobota, 31 stycznia 2015
Szarość samotności, czyli "Samotny mężczyzna".
Każdy dobry tekst powinien mieć
dobry początek. Początek tekstu o „Samotnym mężczyźnie” powinien być może
traktować o tym, kto jest bohaterem, kiedy i gdzie jest osadzona akcja lub kto
jest twórcą filmu. Ale mój początek może być tylko jeden:
„Samotny mężczyzna” ma
najcudowniejszą muzykę, jaka mogła powstać.
Naprawdę, miałam ten film na
swojej liście do obejrzenia tylko dlatego, że Abel Korzeniowski nie postawił
ani jednej fałszywej nuty i stworzył soundtrack, który właściwie nie potrzebuje
filmu. W samej muzyce jest wszystko, ból, cierpienie, zwątpienie, strach o przyszłość, uczucia,
wątłe przebłyski nadziei, przepływ nieustępliwego czasu o przewrotnym poczuciu
humoru, przeraźliwa tęsknota. To jest dokładnie ta muzyka, która mnie totalnie
porusza, tak bardzo, że potrafię ocierać łzy, robiąc kolejną listę zadań
maturalnych i ukradkiem słuchając już prawie znanych na pamięć dźwięków. Nie ma
chyba nic bardziej depresyjnego i melancholijnego, ale potrafię się tą ścieżką
dźwiękową słodko katować niezależnie od nastroju i dnia.
W końcu do muzyki dodałam obrazki i by całkowicie ulec trochę przytłaczającemu klimatowi filmu, przeszkadzały mi tylko piski mojej wewnętrznej fangirl, bo „Samotny mężczyzna” to prawdziwe zbiorowisko wspaniałych aktorów: Colin Firth w roli głównej, Julianne Moore, zjawiskowy Matthew Goode pojawiający się we flashbackach, młodziutki Nicholas Hoult, nawet piękny elficki Lee Pace pojawia się na chwilkę. Czego chcieć więcej, można zapytać.
| George Falconer. Garnitur, stylowe okulary, melancholia i szarość. |
„Samotny mężczyzna” daje więcej. Więcej przemyśleń, więcej łez, więcej zachwytów i emocji, bo choć to bardzo wyważony, aż delikatny film, porusza bardzo. Historia wcale nie jest zbyt odkrywcza i skomplikowana, ot, mamy człowieka cierpiącego po stracie, ludzi po stracie jest całkiem sporo. George żyje z tęsknotą, odkąd umarł jego wieloletni partner, przyjaciel, kochanek Jim. Nie mógł nawet pojechać na jego pogrzeb, bo zaprosili tylko najbliższą rodzinę. Nie lubi się budzić, bo każdy dzień, każda chwila, sprawia mu ból. Uśmiecha się do znajomych, rozmawia z ludźmi, wymienia uprzejmości, rano wstaje, czyta gazetę, wkłada garnitur i czyste buty, jedzie na uczelnię, prowadzi zajęcia ze studentami, bo przecież wymagają tego od niego, ale telefon, pies, sąsiadka, wszystko przypomina mu o Jimie i swojej własnej bolesnej samotności. Nic nie znaczą wymieniane komplementy czy przypadkowe uwagi, spokojne „I’m fine” jest tylko przykrywką na mnogość uczuć, dramat rozgrywający się jedynie we wnętrzu George’a.
![]() |
| Tłum ludzi. Ale nasz bohater podąża samotnie, uwielbiam tę scenę. |
„Samotny mężczyzna” ukazuje tylko
jeden dzień z życia bohatera, w którym jak zawsze wstaje, ubiera się, wykłada,
ale wykład jest inny, bardziej improwizowany, a wszystko jest pewnym
przygotowaniem – naszykowane listy w kopertach, równo rozłożone polisy
ubezpieczeniowe, poukładane dokumenty, w końcu stary pistolet wyciągnięty z
szafki. W ostatnim dniu można sobie pozwolić na papierosa, trochę więcej
alkoholu niż zwykle, więcej komplementów i uprzejmości. Tylko jak się okazuje,
nawet w wielkim smutku, w życiu nie ma jedynie szarości, pojedyncze chwile
nabierają barw, skorupa melancholii zostaje naruszona, a George łapie te
przelotne rozmowy, krótkie uśmiechy, momenty, gdzie nie zostaje pozostawiony
tylko bólowi, kiedy ktoś, może nawet nie do końca świadomie, nie pozwala mu
dalej tonąć. W końcu człowiek jak zwierzę stadne, rozpaczliwie potrzebuje
drugiego człowieka.
W dziele Toma Forda (który jest znanym
projektantem mody – ja nie znałam) wszystkie sceny są piękne, wymuskane,
stylowe, idealnie dopracowane, a w tym niezwykłym wizualnie świecie
poumieszczane są poorane postacie, zmagające się z pustką, poczuciem bezsensu i
wewnętrznymi strachami. Nie tylko George, ale także jego przyjaciółka Charley,
nawet uczeń college'u zafascynowany głównym bohaterem, czy przypadkowo spotkany
Hiszpan. Wszyscy próbują zachowywać pozory, uśmiechać się we właściwych
momentach, łapać krótkie przebłyski kolorów, jedni przytłoczeni niewyobrażalnym
cierpieniem, inni zmagający się z lękiem i niezrozumieniem.
Ale widzicie, to jest smutny film
o smutnych ludziach, jednak przesłanie jest jak najdalsze od nihilizmu. „Samotny
mężczyzna” jest hołdem dla życia, obojętnie jakiego, kolorowego,
szaro-kolorowego, takiego, że trudno wymuskać cieplejsze momenty z
wszechogarniającej szarości, hołdu dla każdego, pojedynczego, pokomplikowanego istnienia.
Nie ma też większego znaczenia homoseksualizm bohatera, bo przecież ta historia
jest niezwykle uniwersalna, a George równie dobrze mógłby cierpieć po śmierci
ukochanej kobiety. George mógłby cierpieć z obojętnie jakiego powodu wiążącego
się z samotnością, tak jak każdy z nas. „Samotny mężczyzna” jest o tym, co
dotyczy przecież każdego, o pragnieniu miłości i zrozumienia, szukaniu
szczęścia, które trudno znaleźć w kompletnej samotności, o ogromnej więzi
miedzy ludźmi i uczeniu się życia na nowo.
Lubię ten film. Urzeka prostotą i
estetyką, jednocześnie nie będąc wydmuszką, ale idealnie trafiając w moją wrażliwość.
Warto, choćby dla doskonałej kreacji Colina Firtha, kilku chwil refleksji, czy
absolutnie doskonałej muzyki.
"Samotny mężczyzna", reż. Tom Ford, 2009, USA
niedziela, 31 sierpnia 2014
Czemu kocham Doctora Who i podróż wgłąb śmiertelnego wroga.
Oprócz słowa beznadziejnie, chyba najczęściej w moim
osobistym słowniku występują wyrazy kocham i uwielbiam, bo kocham i uwielbiam
mnóstwo rzeczy (osób oczywiście też) w jednym momencie i gdy tylko mam okazję,
daję temu upust. Jednak raz na jakiś czas przypominam sobie, że coś jednego,
coś konkretnego kocham straszliwie i obłąkańczo, wpadam w euforię, o niczym
innym nie chcę rozmawiać i nie chcę robić nic innego, prócz zajmowania się
właśnie tym czymś konkretnym. Piszę o tym teraz, bo troszkę ponad tydzień temu
odcinkiem Deep Breath (o którym nawet zaczęłam pisać, ale poległam i poleciałam
oglądać gify i obrazki) rozpoczął się 8. Sezon Doctora Who.
TAK. BARDZO. NIESAMOWICIE. KOCHAM. DOCTORA. WHO.
| Tak mniej więcej się teraz czuję. Jak pijana żyrafa. |
Podejrzewam, że mój obecny nastrój nie przyczyni się
pozytywnie do jutrzejszego rozpoczęcia roku szkolnego, ale przecież zaczęłam oglądać
ten serial niecały rok temu, gdy musiałam wkuwać różne stałe, regułki i teorie,
a przesiadywałam całymi dniami przed komputerem i oglądałam po trzy, cztery
odcinki dziennie. Nie zawaliłam szkoły, mimo że czasami przychodziło mi na
myśl, że to wielce prawdopodobne. Bo z Doctorem Who jest też trochę tak jak z
Hermioną czy Sherlockiem – jest motywujący. W końcu kto by nie chciał stać się choć
w niewielkiej części tak mądry jak Doctor, znać się na fizyce i tych wszystkich
trudnych słowach, a potem robić różne mądre rzeczy, choć czasami się nie wie,
do czego to doprowadzi?
Czemu Doctor Who jest aż tak fascynujący? Sama do końca nie wiem.
Może to postać Doctora, która ciągle jest ta sama, ale inna (poza tym zamiast
ze strzelbą lub stetoskopem, jak kiedyś myślałam, biega ze śrubokrętem i wie, jak korzystać ze
swoich dwóch serc), może to, że to bardzo dynamiczny serial, zmieniający się i
poniekąd dlatego liczący już 50 lat? Może to, że serial sci-fi wcale nie jest
serialem sci-fi? Może to przekonanie, że każdy we Wszechświecie jest ważny i
zasługuje na uwagę, może to piękno świata, to, że dzięki Doctorowi możemy
zobaczyć więcej? To niesamowicie bogaty serial, poruszający całą plejadę
różnych wątków i problemów, skrywający mnóstwo osobowości. I oczywiście, czyż
to nie cudowne, że możemy pójść na sztukę Szekspira i spotkać się z nim
osobiście, wpaść do domu Vincenta Van Gogha, natknąć się na królową Wiktorię,
czy pogawędzić przyjacielsko z Churchillem, a przy tym uratować Wszechświat,
oderwać się od zwykłego życia i przeżyć przygodę? I nawet jeśli zdarzają się
tak idiotyczne odcinki jak Love & Monsters, nawet jeśli logiki można tu
szukać ze świecą, a i tak się nie znajdzie i można tutaj umrzeć kilka razy, a i
tak będzie się żyło, Doctor Who to absolutnie doskonały i zachwycający serial.
Koniec wstępu, teraz rozwinięcie. Wczoraj wieczorem Anglicy
i reszta, która udawała Anglików itp. itd.
dostała odcinek Into the Dalek, dzisiaj dostali go Polacy, w tym ja.
Przyznam, że nie czułam wielkich emocji w czasie oglądania odcinka i nie zrobił on
na mnie piorunującego wrażenia, ale w pewnym momencie (unikam spojlerów, jak
mogę) zdołałam się nawet wzruszyć i otrzeć łzę z kącika oka. Sam pomysł jest
naprawdę fantastyczny. Daleków znamy praktycznie od początku, nie ma sezonu, w
którym by się nie plątali i nie straszyli (nie wiem do końca, jak to było w
Classic Who), urośli już do rangi symbolu serialu i choć wyglądają jak przerośnięte
solniczki skrzyżowane z mikserem, tak naprawdę są okrutną, pozbawioną zasad moralnych, współczucia i
empatii rasą. Przypominają nazistów, bo ich głównym przekonaniem i mottem jest
exterminate!, czyli po prostu uważają, że nikt nie ma prawa istnieć prócz nich,
oni są rasą panującą i powinni rządzić całym Wszechświatem. W Into the Dalek
Doctor ratuje ładną i mądrą panią żołnierz z samego środka konfliktu i trafia
do szpitala, w którym przetrzymywany jest uszkodzony dalek. Uszkodzony, bo dobry.
Tu zaczyna się sama podróż i to podróż, jak dosłownie wskazuje tytuł, do samego
wnętrza daleka. Fascynujące jest oglądanie tej śmiesznej z wyglądu maszynki do
zabijania od środka, ale fajniejsze jest to, że podróż w środek daleka staje
się pretekstem do rozważań o moralności. Czy dalek w ogóle może być dobry? Co z
nienawiścią i jej skutkami? I czy sam Doctor jest dobrym człowiekiem, o co na
początku pyta Clarę?
| Jest Doctor i jest dalek. Jest dobrze. |
Dwunasty Doctor jeszcze całkowicie mnie do siebie nie
przekonał, ale mam wrażenie, że to Doctor prawdziwszy od Jedenastego czy
Dziesiątego (co nie znaczy, że oni byli fałszywi, nie, nie). Szczególnie od
Jedenastego, po którym tylko czasami widać było zmęczenie, smutek i starość, a
który zazwyczaj zachowywał się jak wielkie dziecko z nadpobudliwością ruchową,
które do końca nie wie, co robić z rękami i nogami, w ogóle nie wie, co robić,
ale się cieszy, stara i nadrabia pewnością siebie (i równocześnie jest Moim
Ukochanym Najcudowniejszym Wcieleniem Doctora). Dwunasty jest bardziej zgorzkniały,
zdystansowany i zamknięty w sobie, poza tym w końcu dobitnie może do nas
dotrzeć, że widział tak wiele i przeżył tak dużo, że stać go nawet na obojętność
i pewne okrucieństwo. To już nie ten Doctor, który mógł zaprzyjaźnić się
dosłownie z każdym i któremu bez obaw zarzuciłabym ręce na szyję, mówiąc, że o niczym
innym tak nie marzyłam jak o podróżach z nim, a równocześnie przecież ciągle to jest
Doctor, po prostu Doctor i chyba każdy jest tego pewien od początku do końca.
![]() |
| Ten gif pochodzi z poprzedniego odcinka, ale jest cudowny. Kocham szkocki akcent i kocham Szkotów. Choć jeszcze nie jestem pewna, czy kocham szkockiego Doctora. |
Clara przez pewien czas swojej bytności w serialu była zbyt
idealna, denerwująca i w ostatecznym rozrachunku nijaka, ale teraz! Moim zdaniem
jest świetną towarzyszką, inteligentną i taką, która potrafi postawić na swoim
i tupnąć nogą, gdy jej się coś nie podoba. Jak na razie Clarę uwielbiam i
cieszę się, że twórcy pokazali nam większą część jej zwykłego, codziennego,
nauczycielskiego życia – tego, jak godzi bycie Clarą i nauczycielką
angielskiego z byciem towarzyszką szalonego Doctora.
Pojawił się też nowy bohater, nowy nauczyciel w szkole Clary
i były żołnierz (jaki fajny był ten motyw żołnierza), czyli Danny Pink.
Zupełnie akceptuję jego obecność i ciekawa jestem, jak potoczą się jego losy.
Podsumowując, podobało mi się i jestem cała
rozentuzjazmowana ze względu na odcinek kolejny, bo AAAaaa! Robin Hood!
Najbardziej lubię właśnie takie historie.
Oraz na koniec pytanie, które nurtuje chyba każdego Whoviana: kim,
do cholery, jest Missy?
czwartek, 28 sierpnia 2014
Po co się doszukiwać, skoro można się dobrze bawić, czyli "Magia w blasku księżyca".
Cóż, nie znam się na ambitnym kinie i tylko czasami
rozkładam filmy na czynniki pierwsze, doszukując się wad, zalet, smaczków i
błędów. Nie jestem osobą wykształconą, tym bardziej w dziedzinie kultury, a
oglądam, czytam i słucham tylko dlatego, że sprawia mi to przyjemność i myślę,
że w pewien sposób ubogaca. Teraz więc nie obchodzi mnie, że na ostatnio
obejrzany przeze mnie dość spontanicznie film w kinie, czyli „Magię w blasku
księżyca” Allena, narzekają, sarkają i wykrzykują, że starszy Allen był lepszy,
a teraz się popsuł, skończył, koniec. Tak samo jak nie obchodziło mnie, gdy
trzy osoby siedzące przede mną w Sali najpierw hałasowały i przekomarzały się,
kompletnie nie wykazując zainteresowania tym, co dzieje się na ekranie, a w
połowie filmu wyszły. Bo się po prostu świetnie bawiłam.
I tak, podejrzewam, że nowy film Woody’ego Allena nie jest
filmem drobiazgowo doskonałym, może nie tak dobrym jak wcześniejsze filmy tego
reżysera, jednak był moim doskonałym wyborem na spędzenie wieczoru. To w gruncie rzeczy komedia
romantyczna i tak jak przy tym gatunku się powinno robić, śmiałam się,
uśmiechałam i kibicowałam bohaterom. Bo w ogóle strasznie sympatyczni ci
bohaterowie, szczególnie Stanley, który z zawodu jest iluzjonistą, a przy tym
jest racjonalny do bólu, nie wierzy w nic, czego nie może zobaczyć, uważa, że
życie to pasmo udręk i cierpień, przy najbliższych okazjach cytuje Nietzschego,
a hobbystycznie zajmuje się demaskowaniem przeróżnych mediów, czarodziejek i
spirytualistek. On jest tak pesymistyczny, uszczypliwy i sarkastyczny, że nie
sposób go pokochać, nawet jeśli przeczy wszystkiemu, co jest dla mnie ważne i
podejrzewam, że w obecności takich ludzi zwrot relacje międzyludzkie nabiera zupełnie innego znaczenia. Sophie,
czyli medium, które tym razem ma zostać zdemaskowane, jest zupełnie inna, ale
równie sympatyczna. Okrzyknięta cudem, uwielbiana za swoje nadprzyrodzone
zdolności, jest świadoma swoich zalet i uroku, jaki roztacza. Jest śliczna,
miła i raczej inteligentna, a przy tym
spełnia ludzkie marzenia, przepowiadając znajomym świetlaną przyszłość i
kontaktując ich ze zmarłymi bliskimi. Nie dziwne więc, że Sophie ma bogatego
adoratora, który śpiewa jej serenady, przygrywając sobie na ukulele. Urocze. A
Stanley w tym czasie próbuję udowodnić, że Sophie jest perfidną oszustką i
świat duchów nie istnieje. Też urocze.
Nam pozostaje zaangażować się w potyczkę jednego świata z drugim, a przy tym zastanowić się: wierzyć, czy nie wierzyć? I jaki jest, do cholery, sens?
Całość rozgrywa się na południu Francji, pod koniec lat 20.
Jest luksusowo, modnie i bardzo klimatycznie, na pewno przyjemnie dla oka widza
i to bez wątpienia duży plus filmu. Jednak w zasadzie to film bez większej
fabuły i nie jestem specjalnie zdziwiona głosami, że nudne to i ciągnące się jak
spaghetti. ”Magia w blasku księżyca” opiera się przede wszystkim na dialogach,
a tym nie można nic zarzucić. Są błyskotliwe, inteligentne, często okraszone
szczyptą ironii i sarkazmu i mimo tego braku akcji, nie mogłam oderwać oczu od
ekranu. Na pewno duża w tym zasługa aktorów. Colin Firth, czyli dla mnie już do
końca życia idealny pan Darcy, jest doskonały w roli sceptycznego Stanleya i
wiarygodnie odgrywa wszystkie wybuchy wściekłości. Także Emma Stone jest
odpowiednio urocza, tak jak urocza ma być jej bohaterka, szczególnie wtedy, gdy
przekonuje, jak bardzo kocha jedzenie, ale na uwagę zasługuje także drugi plan, czyli
fantastyczna Jacki Weaver, Eileen Atkins, czy Simon McBurney.
| Zły Colin to cudowny Colin. Rzekłam. |
To nie jest stary Allen, Allen depresyjny i neurotyczny, to
nawet nie jest Allen ze smutnej i według mnie bardzo dobrej „Blue Jasmine”,
więc „Magia w blasku księżyca” może zawieść i jak przekonuje Internet –
zawodzi. Ale to jest tak fantastycznie przyjemny i zabawny film, że z chęcią
obejrzałabym go drugi raz. Nawet jeśli wlicza się do komedii romantycznych, za
którymi przecież nie przepadam.
"Magia w blasku księżyca", reż. Woody Allen, 2014, USA
Subskrybuj:
Posty (Atom)




