niedziela, 31 sierpnia 2014

Czemu kocham Doctora Who i podróż wgłąb śmiertelnego wroga.



Oprócz słowa beznadziejnie, chyba najczęściej w moim osobistym słowniku występują wyrazy kocham i uwielbiam, bo kocham i uwielbiam mnóstwo rzeczy (osób oczywiście też) w jednym momencie i gdy tylko mam okazję, daję temu upust. Jednak raz na jakiś czas przypominam sobie, że coś jednego, coś konkretnego kocham straszliwie i obłąkańczo, wpadam w euforię, o niczym innym nie chcę rozmawiać i nie chcę robić nic innego, prócz zajmowania się właśnie tym czymś konkretnym. Piszę o tym teraz, bo troszkę ponad tydzień temu odcinkiem Deep Breath (o którym nawet zaczęłam pisać, ale poległam i poleciałam oglądać gify i obrazki) rozpoczął się 8. Sezon Doctora Who.

TAK. BARDZO. NIESAMOWICIE. KOCHAM. DOCTORA. WHO.

Tak mniej więcej się teraz czuję. Jak pijana żyrafa.
 
Podejrzewam, że mój obecny nastrój nie przyczyni się pozytywnie do jutrzejszego rozpoczęcia roku szkolnego, ale przecież zaczęłam oglądać ten serial niecały rok temu, gdy musiałam wkuwać różne stałe, regułki i teorie, a przesiadywałam całymi dniami przed komputerem i oglądałam po trzy, cztery odcinki dziennie. Nie zawaliłam szkoły, mimo że czasami przychodziło mi na myśl, że to wielce prawdopodobne. Bo z Doctorem Who jest też trochę tak jak z Hermioną czy Sherlockiem – jest motywujący. W końcu kto by nie chciał stać się choć w niewielkiej części tak mądry jak Doctor, znać się na fizyce i tych wszystkich trudnych słowach, a potem robić różne mądre rzeczy, choć czasami się nie wie, do czego to doprowadzi?

Czemu Doctor Who jest aż tak fascynujący? Sama do końca nie wiem. Może to postać Doctora, która ciągle jest ta sama, ale inna (poza tym zamiast ze strzelbą lub stetoskopem, jak kiedyś myślałam, biega ze śrubokrętem i wie, jak korzystać ze swoich dwóch serc), może to, że to bardzo dynamiczny serial, zmieniający się i poniekąd dlatego liczący już 50 lat? Może to, że serial sci-fi wcale nie jest serialem sci-fi? Może to przekonanie, że każdy we Wszechświecie jest ważny i zasługuje na uwagę, może to piękno świata, to, że dzięki Doctorowi możemy zobaczyć więcej? To niesamowicie bogaty serial, poruszający całą plejadę różnych wątków i problemów, skrywający mnóstwo osobowości. I oczywiście, czyż to nie cudowne, że możemy pójść na sztukę Szekspira i spotkać się z nim osobiście, wpaść do domu Vincenta Van Gogha, natknąć się na królową Wiktorię, czy pogawędzić przyjacielsko z Churchillem, a przy tym uratować Wszechświat, oderwać się od zwykłego życia i przeżyć przygodę? I nawet jeśli zdarzają się tak idiotyczne odcinki jak Love & Monsters, nawet jeśli logiki można tu szukać ze świecą, a i tak się nie znajdzie i można tutaj umrzeć kilka razy, a i tak będzie się żyło, Doctor Who to absolutnie doskonały i zachwycający serial.

Koniec wstępu, teraz rozwinięcie. Wczoraj wieczorem Anglicy i reszta, która udawała Anglików itp. itd.  dostała odcinek Into the Dalek, dzisiaj dostali go Polacy, w tym ja. Przyznam, że nie czułam wielkich emocji w czasie oglądania odcinka i nie zrobił on na mnie piorunującego wrażenia, ale w pewnym momencie (unikam spojlerów, jak mogę) zdołałam się nawet wzruszyć i otrzeć łzę z kącika oka. Sam pomysł jest naprawdę fantastyczny. Daleków znamy praktycznie od początku, nie ma sezonu, w którym by się nie plątali i nie straszyli (nie wiem do końca, jak to było w Classic Who), urośli już do rangi symbolu serialu i choć wyglądają jak przerośnięte solniczki skrzyżowane z mikserem, tak naprawdę są okrutną, pozbawioną zasad moralnych, współczucia i empatii rasą. Przypominają nazistów, bo ich głównym przekonaniem i mottem jest exterminate!, czyli po prostu uważają, że nikt nie ma prawa istnieć prócz nich, oni są rasą panującą i powinni rządzić całym Wszechświatem. W Into the Dalek Doctor ratuje ładną i mądrą panią żołnierz z samego środka konfliktu i trafia do szpitala, w którym przetrzymywany jest uszkodzony dalek. Uszkodzony, bo dobry. Tu zaczyna się sama podróż i to podróż, jak dosłownie wskazuje tytuł, do samego wnętrza daleka. Fascynujące jest oglądanie tej śmiesznej z wyglądu maszynki do zabijania od środka, ale fajniejsze jest to, że podróż w środek daleka staje się pretekstem do rozważań o moralności. Czy dalek w ogóle może być dobry? Co z nienawiścią i jej skutkami? I czy sam Doctor jest dobrym człowiekiem, o co na początku pyta Clarę?

Jest Doctor i jest dalek. Jest dobrze.
 
Dwunasty Doctor jeszcze całkowicie mnie do siebie nie przekonał, ale mam wrażenie, że to Doctor prawdziwszy od Jedenastego czy Dziesiątego (co nie znaczy, że oni byli fałszywi, nie, nie). Szczególnie od Jedenastego, po którym tylko czasami widać było zmęczenie, smutek i starość, a który zazwyczaj zachowywał się jak wielkie dziecko z nadpobudliwością ruchową, które do końca nie wie, co robić z rękami i nogami, w ogóle nie wie, co robić, ale się cieszy, stara i nadrabia pewnością siebie (i równocześnie jest Moim Ukochanym Najcudowniejszym Wcieleniem Doctora). Dwunasty jest bardziej zgorzkniały, zdystansowany i zamknięty w sobie, poza tym w końcu dobitnie może do nas dotrzeć, że widział tak wiele i przeżył tak dużo, że stać go nawet na obojętność i pewne okrucieństwo. To już nie ten Doctor, który mógł zaprzyjaźnić się dosłownie z każdym i któremu bez obaw zarzuciłabym ręce na szyję, mówiąc, że o niczym innym tak nie marzyłam jak o podróżach z nim, a równocześnie przecież ciągle to jest Doctor, po prostu Doctor i chyba każdy jest tego pewien od początku do końca.

Ten gif pochodzi z poprzedniego odcinka, ale jest cudowny. Kocham szkocki akcent i kocham Szkotów. Choć jeszcze nie jestem pewna, czy kocham szkockiego Doctora.
 
Clara przez pewien czas swojej bytności w serialu była zbyt idealna, denerwująca i w ostatecznym rozrachunku nijaka, ale teraz! Moim zdaniem jest świetną towarzyszką, inteligentną i taką, która potrafi postawić na swoim i tupnąć nogą, gdy jej się coś nie podoba. Jak na razie Clarę uwielbiam i cieszę się, że twórcy pokazali nam większą część jej zwykłego, codziennego, nauczycielskiego życia – tego, jak godzi bycie Clarą i nauczycielką angielskiego z byciem towarzyszką szalonego Doctora.


 Pojawił się też nowy bohater, nowy nauczyciel w szkole Clary i były żołnierz (jaki fajny był ten motyw żołnierza), czyli Danny Pink. Zupełnie akceptuję jego obecność i ciekawa jestem, jak potoczą się jego losy. 

Podsumowując, podobało mi się i jestem cała rozentuzjazmowana ze względu na odcinek kolejny, bo AAAaaa! Robin Hood! Najbardziej lubię właśnie takie historie.

Oraz na koniec pytanie, które nurtuje chyba każdego Whoviana: kim, do cholery, jest Missy?