Czasami naprawdę nie wiem, od czego zacząć, bo najchętniej i
najłatwiej wyrzuciłabym z siebie wszystko naraz, okraszając wszystko krzykami,
piskami, zachwytami i – w tym przypadku – niekontrolowanymi wybuchami w stylu „kuuupcie mi smoka, chcę smokaa!”. A
wszystko to przez jedno wyjście do kina, które opuściłam roześmiana, ze śladami
po łzach na policzkach, myślami, że tak bardzo chcę jeszcze raz, energią i
takim niesamowitym ciepłem w sercu. A później wróciłam do domu, włączyłam
soundtrack do filmu, wyłączyłam, obejrzałam część pierwszą, włączyłam znowu i
dopiero teraz czuję się w miarę gotowa, by Wam o filmie napisać, a mowa
oczywiście o sequelu niezwykle udanej produkcji Dreamworks sprzed czterech lat
„Jak wytresować smoka”, czyli po prostu „Jak wytresować smoka 2”. Zazwyczaj tak
jest w przypadku animacji, że kolejne części nie dorównują tej pierwszej,
jednak nie tutaj. Część pierwsza miała wszystko, co dobry film animowany mieć
powinien, czyli bohaterów, których pokochać bardzo łatwo, trzymającą w napięciu
i nienudną fabułę, dobrze napisane dialogi, a co najważniejsze klimat i
niekwestionowany urok. Bo główną zaletą obu produkcji jest świat
nieokrzesanych, upartych, ale szlachetnych Wikingów, świat, w którym największą
rolę odgrywają smoki, a te są absolutnie fantastyczne.
Oczywiście występują spoilery do części pierwszej jak stąd
do Berk. Jest w ogóle ktoś, kto jeszcze jej nie oglądał? Jeśli tak, proszę o zaprzestanie
czytania i oglądanie.
![]() |
Z filmu ma się taką frajdę jak Szczerbatek z latania. Serio. |
Już w pierwszej części smoki przykuwały uwagę tym, że były
bardzo oryginalne i kompletnie nieschematyczne, często po prostu zabawne, tak
że trudno było uwierzyć, jak wiele szkód mogą wyrządzić i w gruncie rzeczy
prawidłowo, bo okazało się, że smoki sprawdzają się jako najwierniejsze,
lojalne i przekochane zwierzątka domowe. Wikingowie z Berk przekonali się do
smoków dzięki naszemu głównemu bohaterowi, czyli Czkawce, o czym była mowa w
pierwszym filmie, przywiązali się do nich całkowicie i wprowadzili ich do
domostw. Cudownie ogląda się te proste sceny z życia codziennego, gdzie smoki
są traktowane jak pełnoprawni członkowie rodziny. Są trochę problematyczne, ale
są też najlepszymi przyjaciółmi ludzi oraz jednocześnie ich środkiem
transportu. Trochę głupio to brzmi, ale wygląda niesamowicie, poza tym, kto by
nie chciał latać na smoku. Ale wracając do porównania dwóch części „Jak
wytresować smoka”, w dwójce dostajemy jeszcze większą różnorodność gatunków,
równocześnie z oczywistym postępem technologicznym, większymi możliwościami,
więc i lepszą animacją. Ta jest tutaj naprawdę piękna. Nie tylko smoki są
stworzone drobiazgowo, zachwycają także widoki, miejsca, których jest dużo
więcej, ponieważ Wikingowie dzięki smokom zyskali dostęp do większej części
świata, ale także sami bohaterowie. Postacie poruszają się płynnie, a dbałość o
szczegóły naprawdę robi wrażenie. Ujęły mnie małe warkoczyki Czkawki czy jego
brudne paznokcie i ogromnie podoba mi się to, że został kontynuowany wątek o
konstrukcyjnych i rysunkowych zapędach bohatera. Czkawka razem ze swoim
najsłodszym, najcudowniejszym i najbardziej oddanym smokiem we Wszechświecie
Szczerbatkiem mają więc cały sprzęt pomagający im w lataniu, z różnymi bajerami
i guziczkami. Jednocześnie w filmie ukazano niepełnosprawność w sposób
najlepszy z możliwych. Szczerbatek ma doczepione skrzydło, Czkawka sztuczną
nogę i to cały czas jest obecne na ekranie, niepełnosprawność bohaterów jest co
jakiś czas mocniej akcentowana, ale ona nie przeszkadza im w zupełnie niczym.
Tworzą zgrany zespół, są jakby swoimi odbiciami, a to, że brakuje im czegoś,
nie stanowi żadnego problemu ani dla nich samych, ani dla otoczenia. Ta
niepełnosprawność po prostu sobie jest, wszyscy musza ją zaakceptować, poradzić
sobie z nią, ale czy to przeszkadza w byciu bohaterem, kimś, kto chce odkrywać,
działać, być po prostu Czkawką i Szczerbatkiem?
„Jak wytresować smoka 2” to film, który ogląda się nie tylko
dla ładnych ujęć i obrazków, ale przede wszystkim dla bohaterów. Ci smoczy są
super, ale ludzcy również dotrzymują kroku. Najważniejszy jest oczywiście
Czkawka, który teraz ma lat dwadzieścia, dorósł, zmężniał, nabrał pewności
siebie oraz zdobył zaufanie ludzi wokół siebie, jednak dalej pozostaje tym
upartym, czasami trochę zagubionym i niezwykle sympatycznym bohaterem, którego
poznaliśmy w części pierwszej. Czkawka się rozwinął, jego charakter
wyewoluował, znalazł pośrednio swoje miejsce i zyskał akceptację, ale przebija
przez niego jeszcze dziecko, szczególnie w scenach z rodzicami. Jak sam mówi,
jeszcze szuka, poszukuje siebie i swojego miejsca w życiu, ale cały czas daje o
sobie znać jego charakter, który sprawia, że Czkawki po prostu nie da się nie
kochać i mimo swoich wad, mógłby być wzorem do naśladowania. W ogóle mam do
niego totalną słabość i to zdecydowanie jeden z moich ulubionych męskich
bohaterów animowanych (przystojny Jack Frost niech się schowa ze swoją zimą,
o!). Szczególnie, gdy wygłupia się ze Szczerbatkiem i zwraca się do niego per
„Mordko”. Najbardziej urocza rzecz ever.
![]() |
W ogóle interakcje Czkawki ze wszystkimi innymi są bardzo
ciekawe i zasługujące na uwagę. Może nie każdy bohater ma wystarczającą ilość
miejsca w filmie, ale trzeba pamiętać, że nie można było go rozwlec na kilka
godzin i fizycznie niemożliwe jest zmieszczenie wszystkiego. Oczywiście,
przoduje tu relacja Czkawki ze swoim smokiem, ważna jest również ta z rodzicami
i bardzo korzystnie wypadło poprowadzenie wątku z Astrid. Astrid to w ogóle
bardzo fajna postać, ona również wyładniała i zdecydowanie da się lubić. Jest
odważna, trochę szalona, ale równocześnie dużo w niej rozsądku i dobroci. Zna
swoje obowiązki i wspiera naszego bohatera. Całe szczęście jej rola nie
ogranicza się do bycia po prostu dziewczyną bohatera. Ma swój charakter i mimo,
że miłość między nią a Czkawką jest dość niewyraźnie zarysowana, bardzo mocno
czuć, że między tymi dwoma jest głęboka nić porozumienia i miłości. Dobrze, że
twórcy nie zdecydowali się na jakiś ckliwy wątek romansowy, a pokazali relacje
bohaterów subtelnie i z wyczuciem.
Dochodzą jeszcze rodzice, a raczej jeden rodzic. Z tym jednym rodzicem niby
jest wielka tajemnica, zaskoczenie, twist, niewiadomoco, ale wyraźne
wspomnienie o nim jest w zwiastunie, a także na ulotkach (wzięłam ze sobą cały
plik, więc sprawdziłam), toteż nie widzę powodu, by o nim nie wspomnieć.
Mianowicie pojawia się matka Czkawki uważana wcześniej za zmarłą. I z tą matką
jest pewien problem. To całkiem niezła postać, na pewno bardzo ciekawa, dobrze
też poradziła sobie Danuta Stenka, podkładając pod nią głos, ale pojawia się
praktycznie znikąd i nawet nie robi jakiegoś większego zamieszania w życiu
bohatera. Owszem, jakieś jest, ale Czkawka przyjmuje jej obecność raczej
spokojnie. Wiadomo, można to tłumaczyć jego charakterem, ale to jednak przykre,
gdy matka żyje w ukryciu dwadzieścia lat, kompletnie nie interesując się losem
swojego jedynego dziecka. Czkawka najpewniej po prostu zrozumiał jej miłość do
smoków i motywy, ale spodziewałam się większego wybuchu, w końcu to poważna
sprawa, a bohater cały czas jest jednak młody, taki niby dorosły, ale jednak
nie do końca, jak już pisałam: ciągle przebija przez niego dziecko. Może jednak
twórcy nie chcieli tego wszystkiego tak rozwlekać w czasie, dostaliśmy w końcu
cudną scenę z rodzicami, czyli Valką i Stoikiem w roli głównej. Jednocześnie
dzięki obecności obojga rodziców możemy uświadomić sobie, jak bardzo złożonym
bohaterem jest Czkawka, czyli jak bardzo złożeni jesteśmy my wszyscy. Pozornie
nasz główny protagonista nie jest podobny do ojca, co często było akcentowane w
pierwszym filmie, jednak w istocie on jest niepowtarzalnym miksem charakterów
swoich rodziców z dużą dozą własnej odrębności. Bardzo mi się to podoba, bo
widać nie tylko dbałość o animację, ale także o całą resztę, która jest
przecież najbardziej istotna. Stoik i Valka nie mają wiele czasu na ekranie,
ale mają odrębne i wyraziste charaktery. Stoik to taki typowy ojciec, który
zawsze wszystko wie najlepiej, chce najlepiej i nie potrzebuje słuchać nikogo,
nawet jeśli wcześniej udowodniono mu, że słuchać innych przecież warto, a
przede wszystkim swojego bystrego syna. Nie jest ojcem idealnym, a przy tym nie
ma wątpliwości, że bardzo Czkawkę kocha i byłby w stanie poświęcić dla niego
wszystko. Nie dziwi też uczucie między nim a Valką, oni do siebie idealnie
pasują, mimo że Valka jest dzika i często zachowuje się dziwnie. W końcu żyła w
odosobnieniu dwadzieścia lat, a do tego jest charakternym wikingiem.
Mamy protagonistę, mamy też obowiązkowego antagonistę,
którego poznajemy powoli i który jest zły do szpiku kości. Pokazane nam są
mniej więcej jego motywy, ale to taki klasyczny „zły”, chcący złego, czyniący
zło i robiący dużo zamieszania. Bardzo dużo zamieszania. Co nie zmienia faktu,
że to interesująca postać, a jej obecność wynika właśnie z tego, że Wikingowie
z Berk nie muszą już żyć na „zamkniętym” i znanym terenie. To głównie ten zły
napędza akcję, a tej jest dużo więcej niż w jedynce. Jest to całkiem naturalne,
ponieważ pierwsza część była pierwszym wglądem w świat Wikingów wypełnionym
smokami, poznawaniem bohaterów i nawiązywaniem przyjaźni między Czkawką a
Szczerbatkiem, w dwójce mamy sporo nowych rzeczy, ale jednak wracamy w pewną
rzeczywistość. Nie czuje się przy tym żadnego przeładowania, wydarzeń jest
dużo, ale one nie ciążą, wręcz przeciwnie angażują totalnie i porywają, a na
chwilę przerwy, zatrzymania i spokoju też jest miejsce.
„Jak wytresować smoka 2” to film genialny, może nie w
obiektywnym spojrzeniu, ale smok kąsał obiektywność. Wyczekiwałam tego filmu,
miałam duże oczekiwania, a on nie tylko je wszystkie zaspokoił, ale dał jeszcze
więcej. Drżałam z nerwów, przeżywałam wydarzenia, jakbym sama brała w nich
udział, przywiązałam się do bohaterów, jak do mało których i spędziłam czas,
najlepiej jak się dało. Chcę więcej, naprawdę chcę więcej, a przede wszystkim
chcę własnego smoka (najlepiej Nocną Furię. Szczerbatka. Czkawka też może być
do kompletu, ale już bez Astrid). Bo musicie wiedzieć, że „Jak wytresować
smoka” to taki film, po którym wszystkie marzenia odchodzą w kąt, znikają,
jakby były zupełnie nieważne, a zostaje tylko jedno: mieć własnego smoka i móc
na nim latać.
To naprawdę piękna animacja, pełna wartości i energii, sprawiająca niesamowitą radość, zrealizowana absolutnie fantastycznie. Do tego dochodzi element, o którym nie można nie wspomnieć, czyli muzyka Johna Powella. John Powell zrobił już muzykę do części pierwszej i zrobił to znakomicie, ale soundtrack to sequelu to mistrzostwo. Posłuchajcie koniecznie, ja już przesłuchuję po raz kolejny i jestem coraz bardziej oczarowana.
To naprawdę piękna animacja, pełna wartości i energii, sprawiająca niesamowitą radość, zrealizowana absolutnie fantastycznie. Do tego dochodzi element, o którym nie można nie wspomnieć, czyli muzyka Johna Powella. John Powell zrobił już muzykę do części pierwszej i zrobił to znakomicie, ale soundtrack to sequelu to mistrzostwo. Posłuchajcie koniecznie, ja już przesłuchuję po raz kolejny i jestem coraz bardziej oczarowana.
I choć uwielbiam księżniczkowe animacje Disneya, a
Dreamworks przemawia do mnie znacznie rzadziej, „Jak wytresować smoka 2”
stawiam na równi z „Zaplątanymi”. A ja za „Zaplątanymi” szaleję i kocham nad
życie.
"Jak wytresować smoka 2", reż. Dean DeBlois, 2014
PS Gratuluję wszystkim, którzy przez ten elaborat
przebrnęli. Ale to jest dowód na to, jak bardzo czasami potrzebuję bloga i jak
bardzo kocham pisać. I koniecznie muszę wspomnieć jeszcze o samym seansie, bo
było nas niewielu: małżeństwo z dwojgiem małych dzieci, które chyba nie do
końca orientowały się w tym, co się dzieje, nasza niewielka zgraja w liczbie
czterech osób i pani w wieku dość dojrzałym, która była sama i bawiła się
doskonale. Miło na własne oczy się przekonać, że są jeszcze dorośli, którzy nie
traktują filmów animowanych z lekceważeniem, ale oglądają ją z czystą,
dziecięcą radością w oczach.